wróć do spisu opowiadań


"Prześwit" autorstwa Chaiko Teiry
"Prześwit"
Chaiko Teira
5 stycznia 2015


*****************************************************
Rozdział 01: "Początek"
*****************************************************


Wysoka dziewczyna o pięknych, błękitnych oczach stała przy lekko zardzewiałej barierce balkonu. Jej długie, perłowe włosy poruszały się na wietrze, a smukła sylwetka rzucała niewielki cień na zakurzone podłoże. Opierała się na długim mieczu w kolorze diamentu wykonanym z wiecznego kamienia przez jednego z najlepszych płatnerzy na świecie. Broń była jej dumą i chlubą, którą kochała bardziej niż niejednego człowieka. No właśnie...
— Vanille? — dobiegł do niej dziewczęcy głos. — Co tutaj robisz? Czekamy na ciebie.
— Ach tak. Już idę, Dayu. — wymusiła na twarzy uśmiech i jeszcze przez chwilę wpatrywała się w piękne widoki przed oczyma. Westchnęła, uniosła głowę ku górze i przymknęła oczy. Spodobało jej się tutaj, chciałaby tu jeszcze zostać. Wiedziała jednak, że muszą wyruszyć i to jeszcze dziś.
Odwróciła się z stronę młodej dziewczynki, mniej więcej w wieku dwunastu lat i z uśmiechem na twarzach razem opuściły balkon. Vanille schowała miecz do pochwy. Miała go od wielu lat, a nadal jeszcze szukała dla niego nazwy. Chciała, by było to coś oryginalnego, nazwa, na którą nikt nigdy dotąd nie wpadł.
— Jestem. Możemy iść.
— Nareszcie. Gdzieś ty była? Co tam robiłaś tyle czasu? — na niezbyt dużym, wypłowiałym i startym fotelu siedział naburmuszony fioletowo włosy chłopak. Wpatrywał się w dziewczynę przenikliwym spojrzeniem wyrażającym gniew. Ręce założył na piersiach i czekał na odpowiedź.
— Podziwiałam obłoki — prychnęła. — Shiro, nie zachowuj się jakbyś był moim ojcem, matką, dziadkiem i ciocią!
— Martwię się o ciebie, Vanille. Nie utrudniaj mi życia, proszę cię — wstał z fotela, otrzepał zakurzone ubranie i głową dał im znak, by szły za nim. Vanille prychnęła, ale podążyła za chłopakiem.
Wyszli na zewnątrz, a Vanille znów zapatrzyła się na piękne widoki miasta. Potrafiła znaleźć urok we wszystkim, nawet w tej zniszczonej części Denomii, w której się aktualnie znajdowali. Shiro rozejrzał się po okolicy i, jak się spodziewał, nie było tutaj żywej duszy.
Po wczorajszej walce pozostały tylko sterty gruzu, zniszczone domy bez okien, drzwi, lub dachów, a w najgorszych przypadkach pozostawały same fundamenty. Vanille szkoda było Denomii. Wcześniej była naprawdę pięknym miastem, a teraz jej część była w opłakanym stanie. Dziewczyna czekała na znak Shiro, gdy nagle coś sobie przypomniała.
— Gdzie Reila? — zapytała, a gdy nie otrzymała odpowiedzi ponowiła pytanie — Gdzie Reila?
— Poszła na przeszpiegi... — odpowiedział Shiro po chwili.
— Co? Pozwoliłeś jej? Jesteś nienormalny?! Pozwoliłeś jej iść samej... Szczyt debilizmu! Nie spodziewałam się po tobie logicznego myślenia, ale nie sądziłam też, że jesteś aż takim kretynem! — wrzeszczała Vanille nie myśląc o konsekwencjach robienia hałasu w środku dnia, kiedy nie wiedzieli, czy nikogo w pobliżu nie ma.
— Możesz... zamknąć się na chwilę? Jeśli ktoś tu jest, przez ciebie nas usłyszy... Rozumiesz? — Shiro wiedział, że Vanille jest osobą o słabych nerwach i wszystko może wyprowadzić ją z równowagi, a jeśli chodziło o Reilę była szczególnie wyczulona.
Reila była dziewczyną potocznie nazywaną przez swoich znajomych czerwonym diabłem. Choć miała bardzo delikatną, niemal dziecięcą twarz i smukłe ciało, była to tylko przykrywka. Czerwone włosy dodawały jej tylko uroku, a czarne oczy wcale nie psuły pierwszego wrażenia, które zawsze było mylne, tak samo jak po rozmowie z nią. Sprawiała wrażenie roztrzepanego dziecka, które nigdy nie wiedziało, co ze sobą zrobić. Zwykle gadała głupoty i z początku nigdy sama nie mogła sobie poradzić. I właśnie przez nią zawalali część walk, co kończyło się dla nich źle. Jednak, gdy tylko coś ją, nie daj Boże, zdenerwowało, nie było odwrotu. Przemieniała się w nieokrzesanego potwora bez uczuć. Mniej więcej dlatego Vanille miała na jej punkcie pierdolca. Reila mogła bardzo szybko roznieść pół miasta.
— Głupek, głupek, głupek! — powtarzała jak mantrę, jednak już ciszej i znacznie spokojniej. Po chwili chwyciła Shiro za ubranie i przygniotła do muru — Jeśli coś jej się stanie, będzie to twoja wina. A ja wtedy cię zabiję. Najboleśniejszą z możliwych technik. Będziesz cierpiał...
— Uspokój hormony, złotko. Przecież nic się jej nie stanie. Może nie jest do końca... normalna, ale sobie poradzi. Zresztą, tutaj nikogo nie ma, więc... — Vanille puściła go i spojrzała na Dayu.
— Dayu? Dlaczego go nie powstrzymałaś? Albo mnie nie zawołałaś?
— Przepraszam, Vanille. Próbowałam go powstrzymać, ale... nie pomyślałam o zawołaniu ciebie... przepraszam. — dziewczynka zawstydziła się i opuściła głowę. Źle jej było z tym, że nie potrafiła pomóc przyjaciółce... czy choćby zawołać Vanille.
— Nic się nie stało. Nie mam do ciebie o to żalu. Mam żal do tego dupka. — spojrzała na Shiro morderczym wzrokiem psychopatki. Prawdą było, że cała ich czwórka nie była do końca normalna.
— Spokojnie, Vanille. Mamy spotkać się z nią niedaleko lasu Aveo... jak on się nazywał?
— Idiota. Avrien, głupku. Dlaczego tam? Czy nie mieliśmy ominąć lasu? Sam mówiłeś, że jest tam niebezpiecznie...
— Plany się troszkę pozmieniały, a mówiąc trochę, mam na myśli bardzo. Jeśli ominiemy las jest bardzo prawdopodobne, że natkniemy się na tych, co zaatakowali Denomię. A zważając, co stało się z miastem, chyba lepiej na nich nie trafiać. Chodźmy już. Reila pewnie czeka... — powiedział Shiro i wyszedł zza domu, a dziewczyny za nim.
Mijali doszczętnie zniszczone domy i wystawy sklepowe, ale i zabitych ludzi. Krew znajdowała się w wielu zakątkach miasta, a sponiewierane ciała walały się tu i ówdzie, jak niepotrzebne, stare lalki. Dayu, która była bardzo wyczulona na punkcie ludzkiej krzywdy, zakrywała sobie usta dłonią. Vanille spoglądała na nią ukradkiem. Wiedziała, że dziewczynka przeżyła w swoim życiu coś podobnego i zobaczenie tego wszystkiego musiało być dla niej wstrząsem.
Denomia była wioską niemagiczną, więc nagły atak musiał skończyć się tragicznie. W zasadzie... nikt nie miał szans, by przeżyć spotkanie z silną drużyną magów, która ich napadła. Nikt, prócz czterech czarodziejów, którzy połączonymi siłami zdołali utrzymać się przy życiu. Odnaleźli najmniej zniszczony dom i spędzili w nim noc.
W wiosce znaleźli się przypadkiem. Vanille zastanawiała się, dlaczego wszędzie, gdzie są musi wydarzyć się coś złego. Przynoszą pecha, czy jak?

*****


Erza stanęła przed drzwiami gildii Fairy Tail trzęsąc się z wściekłości. Jeszcze nigdy nie dostała tak głupiej misji! Mogła sama wybrać sobie zajęcie, ale nie! Wolała wziąć pracę, którą poleciła jej Mirajane. Ciekawy tytuł, niezła zapłata. Nie sądziła, że będzie musiała robić z siebie kompletną idiotkę i to przed tyloma ludźmi. Niech tylko Mira poczeka, bo kiedy wściekła czerwono włosa wpadnie do siedziby gildii... to nie ma prawa skończyć się szczęśliwie... dla białogłowej oczywiście.
Zaciskając pięści stawiała kroki i coraz bardziej zbliżała się do drzwi, a gdy je otworzyła ujrzała codzienny obraz. Siedzieli, pili, jedli, krzyczeli. Nic nadzwyczajnego. A zresztą, czego ona mogła się spodziewać? Znała przecież tych ludzi bardzo dobrze. Jednak... nigdzie nie dostrzegła Mirajane. Akurat, gdy chciała okazać jej niezmierną wdzięczność w postaci mocnego kopa w tyłek w podzięce za misję.
Weszła i nie zwracając uwagi na kręcących się wokół ludzi i krzyki w jej stronę usiadła na swoim stałym miejscu i położyła głowę na stoliku. Po żadnej misji nie była aż tak wykończona. Pierwszy raz... Starzeje się? Nie, to nie to. Ma w końcu dwadzieścia lat. Odetchnęła głęboko i nagle uderzył ją brak obecności kilku osób.
— Gray, Natsu... Lucy. Ciekawe gdzie oni się podziali? — zapytała sama siebie. W zasadzie dawno ich nie widziała, szkoda, że ich nie ma. Powinni ją wesprzeć, gdy przyszła po misji tak wyrąbana. — Eh, o czym ja myślę?! — skarciła się w myślach. Mówi, jakby miała co najmniej pięćdziesiąt lat... nawet staruszek tak nie narzeka.
Leżała jeszcze chwilę i rozmyślała. Rzadko jej się to zdarzało. Nie lubiła myśleć, wolała działać. Przecież myśleniem niczego nie załatwi. Jednak... pewna misja jej coś uświadomiła... nie ta, na której zrobiła z siebie debila, o nie, ale ta na pewno nauczyła ją, żeby samej wybierać sobie pracę... Głupia Mirajane. Chodzi jej jednak o misję poprzedzającą ten kompletny niewypał. Ukończyła ją z wiedzą, że ludzie naprawdę... potrafią kochać.
— Więc dlaczego mnie nikt nie kocha? — szepnęła do siebie. Pamięta te słowa... stały się jej pomocą z przejściem przez życie... ''Bądź sobą. Życie jest zbyt krótkie, by udawać. Na pewno jest na świecie ktoś, kto cię pokocha. I wiesz, z reguły jest tak, że ta osoba, jest najbardziej nieoczekiwaną''.
Pomyślała o Jellalu. Czy jego miłość była prawdziwą? Wspomnienie chłopaka zabolało, niczym przeszycie mieczem na wylot. Nigdy nie chciała, by jej życie było tanim romansem, chciała tylko być kochaną. Nagle otrząsnęła się.
— Nie mogę myśleć. Na złe mi to wychodzi — uśmiechnęła się do siebie. Pierwszy i ostatni raz. Już więcej nie da się ponieść emocjom.

*****************************************************
Rozdział 02: "Sukienka"
*****************************************************


— Reila! Jak dobrze, że nic ci nie jest! — wołała rozpromieniona Vanille biegnąc do zdziwionej dziewczyny z wyciągniętymi ramionami. Niebieskooka naprawdę cieszyła się, że jej przyjaciółka jest cała i zdrowa.
— Nie rozumiem, Vanille, dlaczego miałoby mi się coś stać? — diablica uśmiechnęła się i przytuliła towarzyszkę. — Przecież nie jestem taka znowu słaba.
Dziewczyna ubrana była w zwiewną sukienkę, która falowała pod wpływem wiatru. Kolorowe kwiatki umieszczone na materiale mieniły się pod wpływem słońca.
Na twarzy Vanille pojawił się szczery uśmiech. Taka właśnie była Reila. Nawet w obliczu zagrożenia potrafiła poprawić humory przyjaciół.
— Chodźmy. — zarządził Shiro przechodząc obok i wyjmując z pochwy miecz. — Chyba, że chcecie, by dzisiejszy dzień był waszym ostatnim. W końcu nie wiemy, czy kogoś tutaj nie ma.
Ruszyli przed siebie w zgodnym szyku: Dayu na przedzie, jako że posiadając bardzo dobry węch mogła informować ich o zbliżających się wrogach, zaraz za nią szła Vanille z wyciągniętym przed siebie, bezimiennym nadal mieczem, mając za zadanie ochronę Dayu, gdyby wróg zaatakował nieoczekiwanie, później Shiro z mieczem w ręku oraz Reila bawiąca się swoim sztyletem.
Idąc, Vanille zastanawiała się nad celem ich wyprawy. Tak naprawdę nic o nim nie wiedzieli, a jednak wyruszyli, podążając tylko i wyłącznie za tym, co mówiły plotki. Zachowali się głupio… nie, ona zachowała się głupio. To przecież ona namówiła ich, by za nią poszli.
Ścisnęła mocniej miecz i zacisnęła usta w wąską linię. Nie wybaczy sobie, jeśli któremuś z jej przyjaciół coś się stanie.
W pewnej chwili Dayu nagle zatrzymała się, a Vanille z ledwością udało się na nią nie wpaść i nie zepchnąć na pokryte liśćmi podłoże.
— Co się dzieje? — zapytał Shiro podchodząc do zaniepokojonej dwunastolatki.
— Ktoś tutaj jest. Czuję go. Ma bardzo… znajomy zapach.
Vanille podeszła do najbliższego drzewa i wyjrzała za nie. Napotkała tylko wzrok wystraszonej wiewiórki, która uciekła tak szybko, jak się pojawiła. Obróciła się w stronę przyjaciół i wzruszyła ramionami.
— Znajomy? W jakim sensie…? — Shiro nie dokończył zadawać pytania Dayu, bo usłyszał przeraźliwy krzyk. Krzyk, który nie wydobywał się w gardła ofiary zaatakowanej przez Vanille.
— Reila! — krzyknęła.
Dayu zakrywając sobie usta dłonią. Dziewczyna zawisła w powietrzu trzymana za gardło przez wysokiego mężczyznę. Jej sztylet leżał wśród liści i mchów niezdatny w tej chwili do niczego.
Mag, który trzymał Reilę uśmiechał się do nich obleśnie szczerząc niewielki, aczkolwiek widoczne kły. Jego twarz zdobiła ogromna blizna rozpoczynająca się przy prawym uchu, biegnąca przez całą długość ust i mająca swój koniec przy lewym narządzie słuchu. Czerwone włosy idealnie dopasowywały się do włosów Reili, prawie, jakby byli spokrewnieni… Różniły ich oczy. Brązowe, przejrzyste oczy Reili, zdobiące jej niewinną twarzyczkę i oczy maga, czarne jak mara nocna, przekrwione, emanujące złą energią.
— Villow…
Ten tylko roześmiał się na dźwięk swojego imienia. Oblizał wargi wyglądając jeszcze ohydniej niż wcześniej.
— Oto ja, kochanie…
— Puszczaj ją skurwysynu! — wrzasnął Shiro rzucają się na niego z mieczem. Villow upuścił Reilę, która zwinęła się w kłębek na leśnym podłożu i odparował atak Shiro, uderzając go tym samym dwa razy mocniej.
Chłopak upadł na ziemię.
— Przestań! — krzyczała zdruzgotana Dayu. Nie mogła pomóc. Była słaba… zbyt słaba, by móc uratować przyjaciół! Byłą porażką! — Co, ty też chcesz? Nie? To siedź cicho. Szczerze mówiąc, w dupie mam tę małolatę, właściwie, was wszystkich też mam w dupie. W ogóle by mnie tutaj nie było, gdyby nie mój pierdolnięty braciszek i jego głupie wymysły.
— Czego od nas chcesz? — Vanille obserwowała zbierających się przyjaciół. Pamiętała porady swojego nauczyciela: ‘’Najpierw rozmawiaj, później walcz’’. Nie pierwszy raz się do tego stosowała.
— Wy już dobrze wiecie, czego chcę. A raczej czego chce mój brat. — widząc zdziwione spojrzenie Vanille, oznajmił — Kamień, kretyni, kamień.
— Co…? Jaki…?
— Kamień wieczności. Kamień nieśmiertelności. Kamień jeziora. Gwiezdny kamień. Nazywajcie sobie go jak chcecie. Nie zgrywajcie się, dobrze wiecie, czym jest. Poszukujecie go, prawda?
Vanille wpatrywała się w niego zdruzgotana. Skąd wiedział o kamieniu? No tak, plotki. Ale dlaczego oni również uwierzyli w istnienie tej rzeczy? Dlaczego ktoś taki był w stanie zaufać starodawnym legendom?
— Zapytałem o coś… — Villow tracił cierpliwość.
— Nie wiemy, o czym ty… — Shiro, pozbierawszy się z ziemi nadal brnął w kłamstwo zapoczątkowane przez Vanille. Nie mogli ujawnić siebie i celu swojej misji.
Reila, która jeszcze niedawno leżała u stóp Villowa zebrała się z ziemi i przyczołgała do przyjaciół. Patrzyła nieufnie na obie strony. Gdyby wiedzieli…
— Nie udawajcie idiotów. Dobrze wiecie, o czym…
— Nie kłóć się z nimi, Villow. Zaraz pięknie nam wszystko wyśpiewają. — Vanille zamarła słysząc głos pełen nienawiści, głos gorzki, bez nuty dobrego uczucia. Głos wydobywający się z ust dwunastolatki.
— Dayu, o czym ty…?
— Necta… — Villow uśmiechnął się złowrogo. — Teraz koniec z wami.
Shiro w porę pociągnął za dłoń Vanille i Reilę, która dopiero co podniosła się na nogi. Zza drzewa wyszła kobieta, wysoka, o pięknych czarnych niczym smoła, długich do pasa włosach. Stąpała po podłożu lekko i z gracją, szła niczym królowa przemierzająca drogę do królewskiego tronu.
— I jak Villow? Podoba ci się moja nowa forma? — zapytała używając ciała Dayu. Oczy małej dziewczynki zaszły mgłą, a całe jej ciało jakby straciło swój wyjątkowy blask.
Kobieta tylko uśmiechnęła się szyderczo nie musząc wypowiadać ani jednego słowa. Dayu stała się jej marionetką, a ona tylko pociągała za sznurki i pisała rolę.
— Zdziwiłaś mnie, Necto. Zawsze wolałaś nieco silniejsze postacie z mocnym charakterem.
— Nie dziś, kochanie. Ta dziewczynka była na tyle słaba, że bardzo szybko mogłam wedrzeć się do jej ciała i umysłu nie zwracając na siebie uwagi i działając z ukrycia. — Powiedziała Necta posługując się nadal ustami Dayu. — Nikt na nią przez jakiś czas nikt nie zwracał uwagi, więc nie było większego problemu, by to zrobić.
— Przestań! Oddawaj nam ją! — krzyknęła Reila pragnąc wyrwać się z uścisku, jakim obdarzył ją Shiro, który wiedział, że dziewczyna nie może użyć pełni swojej magii. Wtedy stawała się nieprzewidywalna, mogła z łatwością pokonać wroga, ale i przez przypadek zabić swoich towarzyszy. Nie wiedziała wtedy, co robi, traciła wszystkie wspomnienia, miała tylko jeden cel: zabić.
— Dlaczego to robicie? Czego od nas chcecie? — Vanille patrzyła z rozpaczą na przyjaciółkę będącą pod wpływem czaru kobiety.
Reila zastanawiała się, kim musi być magini, że potrafi zawładnąć nad ciałem i umysłem wybranej osoby. Bez wątpienia była bardzo silną czarodziejką.
— Villow wyraził się niejasno? Chcemy odpowiedzi. Wszystkiego, co wiecie. Wtedy ją wypuszczę.
— To szantaż! — krzyknęła rozjuszona Reila.
— Coś ty, naprawdę?
Shiro w dobrej chwili chwycił Reilę za dłoń, bo ta ruszyła do przodu pragnąc powalić kobietę na ziemię. Nienawidziła, gdy ktoś ją wyśmiewał, czy z niej szydził.
Necta zaśmiała się głośno używając tym razem swoich ust. Dayu upadła na ziemię.
— Dayu! — wrzasnął Shiro i uświadamiając sobie, że nie mogą stać bezczynnie i patrzeć, jak ta wiedźma wykorzystuje ich towarzyszkę, naparł z mieczem w dłoni na przeciwników. Usłyszał tylko swoje imię wypowiedziane przez Vanille, gdy coś błysnęło oślepiająco, a on wylądował z powrotem tam, gdzie znajdował się wcześniej. Obok leżała Vanille porażona promieniem nagłego światła, którego źródło było im jak dotąd nie znane.
Tylko Reila, której udało się stawić opór nagłemu porażeniu światłem, stała nadal na nogach przygotowana do zaatakowania przeciwników. Jej postać rozbłysnęła na czerwono, a ona sama zaczęła unosić się do góry. Na plecach zaczęły pojawiać się czarne, niewielkie skrzydła, a na jej ciele pojawiały się ślady znaczone długimi bliznami. Diabelska przemiana.
— Nie! — Shiro podniósł się na nogi. Wiedział, co oznaczało pełne wykorzystanie mocy przez Reilę.
Dziewczyna niewzruszona krzykami przyjaciela unosiła się ciągle w powietrzu. Villow i Necta z rozszerzonymi ustami wpatrywali się w zjawisko. Jak ta, na pierwszy rzut oka, niezbyt potężna, niska dziewczyna mogła zmienić się w tego potwora?
Wydała z siebie przeraźliwy pisk i naparła na wrogów. Jej niewielki sztylet przybrał rozmiary długiego miecza.
Na razie jest dobrze, pomyślała Vanille, atakuje wrogów.

Jak dotąd nie udało im się odnaleźć sposobu na przywrócenie Reili do jej prawdziwej postaci. Zawsze czekali, aż się wypali, aż jej magia przestanie działać, lub zamykali ją gdzieś, skąd nie mogła się wydostać nawet magią. Teraz niestety nie było takiej możliwości. Jej magia była przekleństwem.
Reila miotała zaklęciami jak poparzona. Jej czerwone włosy łopotały na wietrze, a skrzydła ledwo nadążały nad latającą torpedą. Kilka razy wymierzała zaklęcia w swoich przyjaciół, ci jednak na czas zdążali się odsunąć ciągając za sobą nieprzytomną Dayu. W tej chwili byli schowani za jednym z największych drzew w tym lesie, więc Reila nie mogła ich zobaczyć. Oni niestety również jej nie widzieli.
Ziemia zadrżała, a w powietrzu rozniósł się kobiecy krzyk. Shiro wychynął zza drzewa chcąc zbadać sytuację. Necta leżała na ziemi i zwijała się wśród liści. Tortura diabła, pomyślał Shiro. Villow wpatrywał się w partnerkę, a po chwili w wrzaskiem rzucił się na potwora. Reila już przymierzała się do zadania ciosu, gdy jej ciało ponownie rozbłysnęło na czerwony kolor, a dziewczyna upadła na ziemię. Wyczerpała się.
Villow bez chwili zastanowienia zabrał sztylet,który wypadł Reili i podniósł ją do góry wpatrując się w nią wzrokiem szaleńca. Shiro zerwał się z miejsca nawołując na przyjaciółkę. Ta tylko spojrzała nań błagalnym wzrokiem. Po chwili srebrny sztylet przeciął jej ciało, a ona krzyknęła. Krew trysnęła z przebitych narządów, a dziewczyna krztusiła się własną krwią.
Shiro upadł na kolana z ręką wyciągniętą przed siebie.
— Reila! Nie...! Reila...! Reila... Nie... — wrzeszczała Vanille, a łzy spływały jej po policzkach. To musi być koszmar. Koszmar, z którego zaraz się wybudzi.
Bezwładne ciało Reili upadło na czerwone od krwi liście. Nikt z przyjaciół nie ruszył się nawet, gdy Villow zabierając swoją kwilącą z bólu partnerkę wycofał.
— Już wiecie, jak kończy się zadzieranie ze mną. Skończyła ta, jak sobie na to zasłużyła. Nie myślcie sobie, że to koniec. Dostanę od was te informacje, ale teraz... teraz muszę naprawić to, co wyrządziła wasza pierdolnięta, martwa koleżanka.
Villow zniknął wśród drzew, a wpowietrzu roznosił się tylko płacz Vanille. Dziewczyna wpatrywała się w ziemię, a coraz większe łzy spływały jej po policzkach.
— Reila... — wychrypiała.
Vanille podniosła wzrok i zamarła. Ciało Reili błyszczało. Białe promienie rozświetlały jej sylwetkę. Vanille podniosła się i wraz z Shiro, który też nie mógł uwierzyć własnym oczom, podchodziła powoli do martwej postaci, której ciało zaczęło stopniowo zanikać. Chłopak ukląkł przy nieżywej i spróbował jej dotknąć, lecz jego dłoń przeniknęła tylko przez ramię. Poczuł przyjemne ciepło.
Ciało dziewczyny stawało się coraz mniej widoczne, aż w końcu zniknęło całkowicie. Wśród różnokolorowych liści pozostała tylko błyszcząca, biała sukienka w kolorowe kwiatki, którą tak bardzo Reila kochała.

*****************************************************
Rozdział 03: "Smoczy zabójca"
*****************************************************


Wąską, wydeptaną ścieżką podążała niewysoka dziewczynka. Podskakiwała i nuciła nieznaną piosenkę pod nosem, co wyraźnie nie podobało się jej towarzyszce, która leciała obok niej z naburmuszoną miną. Tak, jej przyjaciółka była kotem. I do tego latającym, potrafiącym mówić, a i niekiedy mądrzejszym od niejednego człowieka.

Wendy miała długie niebieskie włosy, które spięte w dwa kucyki na czubku głowy, poruszały się pod wpływem lekkiego jesiennego wiatru. Jej towarzyszka natomiast przyodziana w różową sukienkę, unosiła się w powietrzu niesiona przez swoje białe, magiczne skrzydła.

Dziewczyna miała powody do uśmiechu. Właśnie z powodzeniem zakończyła swoją pierwszą misję, na którą wyruszyła tylko z Charlą. Zwykle zabierała się za zadania wraz z przyjaciółmi z gildii, ale tym razem postanowiła wykonać je wreszcie samej. Tylko Charla, z niewiadomego powodu była nie w humorze.

W tym roku była naprawdę piękna jesień. Mnóstwo kolorowych, ususzonych liści spadających z licznych drzew pięknego, rozległego lasu, a mimo tego świecące słońce zwiastujące, że zima tego roku na pewno nie będzie ostra i mroźna. Tak, Trytomia jest pięknym miastem.

Czarodziejka szła teraz w pobliżu lasu oddzielającego dwa z trzech zjednoczonych miast, Trytomii i Denomii. Trytomia i trzecie z miast, Sandomia, były dość obszerne w rozmiarach, natomiast Denomia była, można powiedzieć, wioską w porównaniu do pozostałych. Misja Wendy odbywała się w południowo-wschodnich częściach Trytomi, gdzie musiała powstrzymać grasujące w pobliżu, dziwne, zmutowane stworzenia, które swoim wyglądem przypominały przerośnięte chomiki. Dla Wendy i jej magi podniebnego smoczego zabójcy nie było to wielkie wyzwanie (chociaż wiedziała, że na pewno inni, starsi rangą i wiekiem magowie z Fairy Tail poradzili by sobie z nimi szybciej), to ludzie mieszkający na tamtych terenach nie mogli dać sobie z nimi rady.

Wendy zauważając, że Charla jednak nie ma zamiaru podzielać jej dobrego nastroju, zaprzestała nucenia wymyślonej przez nią na poczekaniu melodii i szła już spokojnie rozglądając się na boki i podziwiając piękno tamtejszych terenów.

— Czy coś cię gryzie, Charlo? — zadała wreszcie to nurtujące ją od kilku minut pytanie. Carla nie odpowiedziała od razu, tylko nadal leciała wpatrzona w jakiś niewidoczny dla Wendy punkt na horyzoncie.
— Nie. Po prostu... mam złe przeczucia.

— Miałaś wizję? — zapytała Wendy z lękiem w głosie. Wizje Charli zawsze się sprawdzały, a teraz wcale nie wyglądała na zadowoloną. A jeśli widziała coś, co dotyczyło ich? Jeśli coś się stanie?

— Nie, ja... — oczy Charli rozszerzył się do granic możliwości, jej magia przestała działać, a ona sama upadłaby na ziemię, gdyby nie szybka interwencja Wendy.

— Charlo! — dziewczynka podtrzymywała kotkę, klękając na ziemi, a ta wpatrzona w jeden punkt nie reagowała na jej zawołania. Oczy kotki zaszły mgłą, a ona sama ledwo utrzymywała się jeszcze na nogach tylko dzięki Wendy. Trwała w takim stanie przez kilkadziesiąt sekund, a potem otrząsnęła się z amoku i spojrzała na Wendy ze strachem. Dziewczyna zrozumiała, że była to wizja, ale... przecież Charla nigdy nie reagowała tak na nie! Co więc stało się tym razem?

— Wendy... uciekajmy. — przerażenie w głosie kotki mówiło samo za siebie, a strach wymalowany na jej twarzy tylko to potwierdzał.

— Charlo... ale dlaczego? Co widziałaś...?

— Uciekajmy stąd, Wendy! — dziewczyna, nie zadając już zbędnych pytań, wzięła exceeda na ręce i pobiegła w stronę, w którą zmierzały wcześniej.

— Postaw mnie, mogę sama lecieć. — Wendy nie zdążyła zaprotestować, bo kotka sama wyrwała się z jej dłoni i wzbiła w powietrze. Po chwili Wendy poczuła nieznajomy zapach.

— Ktoś tutaj jest. — powiedziała, zatrzymując się.

— Powinnyśmy oddalić się od lasu... Wendy, uważaj! — krzyknęła, gdy z lasu wyłoniły się dwie postacie, mężczyzna i kobieta, oboje w wieku mniej więcej trzydziestu lat. Mężczyzna miał czerwone włosy, czarne, lekko skośne oczy, z czego jedno z nic przecięte było blizną, natomiast kobieta była blondynką, która mogłaby uchodzić za ładną, gdyby nie przekrwione oczy i długie, wystające poza usta kły.

— No proszę, czyli jednak warto było czekać tyle czasu, aż księżniczka wreszcie raczy się pojawić. Prawda, Vinc? — zapytała kobieta spoglądając ukradkiem na towarzysza.

— Przecież ci to mówiłem. — westchnął, po czym odwrócił się przodem do przestraszonej Wendy, która, choć miała szansę, by uciec, nie mogła ruszyć się z miejsca. Mężczyzna uśmiechnął się i zrobił krok w jej stronę. — Nie bój się. Potrzebujemy cię tylko na jakiś czas. Później cię zwrócimy...

— Po co wam ona? Co od niej chcecie?! — Charla, wciąż wzbita w powietrze założyła ręce i z groźną miną unosiła się przed Wendy.

— Milcz, głupi kocie! — blondynka oblizała kły i warknęła, niczym wściekły wilk.

— Spokojnie, Inaban, bo jeszcze przestraszysz nam towarzyszki.

Mężczyzna zaczął zbliżać się do Wendy, a ta odzyskując zdrowy rozsądek, wystąpiła na krok przed Charlę i stanęła w pozycji obronnej.

— Czyli tak chcesz się bawić? A więc dobrze!

— Pamiętaj, że nie możemy jej zabić, Vinc! Jest nam potrzebna żywa.

Mężczyzna nie zwracając większej uwagi na słowa towarzyszki przygotował się do ataku. Wendy posunęła się do przodu i krzyknęła:

— Ryk niebiańskiego smoka!

— Ryk niebiańskiego smoka!

— C-co... Jak to możliwe?

Oba wypowiedziane zaklęcia zderzyły się w powietrzu, a powietrze rozdarł potężny huk. Blondynka stojąca za plecami atakującego mężczyzny, uśmiechnęła się pod nosem.

Charla nie mogła pomóc swojej przyjaciółce, choć bardzo tego chciała. Nie była silna, a jej magia polegała tylko na wytwarzaniu magicznych skrzydeł i lataniu na nich. Nie wiązało się to jednak z możliwością ataku, czy obrony, a Wendy jak na razie bardzo dobrze sobie radziła. Kiedy kotka pomyślała o skrzydłach, skarciła się w myślach i szybko podleciała do Wendy i chwytając ją za skraj niebieskiej sukienki wzniosła się w powietrze. Nie odzyskała jeszcze wszystkich sił po dziwnej wizji, ale na pewno miała ich na tyle, by uratować Wendy. Tylko to mogła teraz zrobić.

— Charlo! Co ty wyprawiasz? Odstaw mnie na ziemię! — Wendy szamotała się w małych łapkach Charli.

— Wendy, nie możesz z nim walczyć. Moja wizja... muszę cię stąd zabrać... — jej wypowiedź przerwał nagły podmuch wiatru, a kilka centymetrów obok nich przemknęła blondynka. Nie miała skrzydeł, a jednak leciała, a za nią ciągnęła się srebrna poświata. Zaśmiała się głośno na widok przerażonej miny Charli.

— Nie uciekniecie nam tak szybko. — kobieta uderzyła mocno kotkę tak, że ta upuściła trzymaną przez nią z łapkach Wendy. Dziewczyna zaczęła krzyczeć spadając na ziemię, ale po chwili znów znalazła się w czyichś rękach i tym razem niestety nie były to niewielki, kocie łapki Charli, tylko ludzkie dłonie ciągnące ją w dół ku ziemi. Krzyknęła, gdy zdała sobie z tego sprawę.

Kobieta wylądowała na ziemi, po czym rzuciła Wendy na zazielenioną trawę. Gdzieś z oddali można było słyszeć nawoływanie latającej w powietrzu Charli. Vincent ukląkł przy dziewczynce i uśmiechnął się. Gdy mówił, w jego głosie można było wyczuć krztę ironii.

— A mogłaś pójść z nami spokojnie. I po co było to wszystko? — mężczyzna chwycił ją za rękę i brutalnie podniósł tak, ze dziewczyna skrzywiła się, ale nie dawała za wygraną i wciąż starała się wyrwać z uścisku maga. Jak to możliwe, że wypowiedziała jedno zaklęcie i straciła aż tyle sił? A może to moc jednego z nich? Czarodziej unieszkodliwił Wendy i wskakując z nią na plecy kobiety, wzbili się w powietrze.

Wymyśl coś, Charlo, błagała w myślach Wendy. Charla wiedziała, że nie jest w stanie pomóc Wendy nawet, gdyby za nimi poleciała. Zapamiętała kierunek ich lotu i odleciała w stronę gildii, a w jej oczach pojawiły się łzy. Wybacz mi, Wendy. To dla twojego dobra, pomyślała.

*****


Charla jak torpeda wpadła do budynku gildii przerywając popołudniowe rozmowy jej członków. Zmęczona od razu opadła na ziemię, a zapytana o to, co się stało i gdzie jest teraz Wendy, odpowiedziała tylko:

— Wendy...! Porwano Wendy!

*****************************************************
Rozdział 04: "Wspomnienie wczorajszego dnia"
*****************************************************


Już od kilku dni zadawała sobie to samo pytanie. Dlaczego? Dlaczego to wszystko spotyka ją, jej przyjaciół? Dziś znalazła na nie odpowiedź. To jej wina. To ona sprowadziła na nich takie nieszczęście. Powinna sama załatwić swoje sprawy, nie mieszając w to przyjaciół. Szkoda, że uświadomiła to sobie tak późno. Tuż po tym, jak...

Wydarzenie, które miało miejsce wczoraj, wcale nie okazało się być niechcianym koszmarem, z którego mogła się wybudzić, a samo jego wspomnienie wprawiało ją w drżenie i zalewało jej oczy słonymi łzami. Po raz kolejny straciła kogoś, kto był dla niej ważny i po raz kolejny stało się to z jej winy, co jeszcze bardziej wprawiało ją w stan zaawansowanej depresji.

Trzymała w dłoniach wymiętą i mokrą od spływających z jej oczu łez białą sukienkę w kwiatki, jeszcze wczoraj należącą do jej przyjaciółki. Przyjaciółki, której teraz już nie było na świecie. A ona, Vanille, nie potrafiła jej uratować. Była żałosna.

Siedzieli w pobliżu miejsca, w którym rozegrała się bitwa między Reilą, a rodzeństwem Shinae. Walka, która zakończyła się śmiercią ich diabelskiej przyjaciółki, za którą w dużym procencie odpowiedzialna, była właśnie Vanille. Jednocześnie dziewczyna nie była w stanie zrozumieć, dlaczego ciało Reili znikło tuż po jej śmierci. Dlaczego został po niej tylko kawałek materiału...?

W powietrzu roznosił się głośny szloch wydawany przez małą Dayu, która nie dość, że była okropnie wrażliwą na punkcie ludzkiej krzywdy (a przecież Reila była jej przyjaciółką), to nie miała szansy zobaczyć jej znikającego ciała, bo była wtedy nieprzytomna.

Jedynym, który panował nad swoimi uczuciami zdawał się być Shiro, który od wczorajszego wieczora nie uronił żadnej łzy, choć tuż po zniknięciu ciała Reili płakał. Dla Vanille było to dziwne. Przecież Reila, to w końcu jego... Może on wierzył, że ona tak na prawdę nie umarła? A co, jeśli to była prawda? Jeśli Reila żyła nadal? Ale czy to w ogóle możliwe? Jej ciało znikło... Ale przecież ani martwi, ani żywi ludzie tak po prostu nie znikają!

— Powinniśmy iść dalej. — odezwał się wreszcie Shiro po kilku godzinach ciszy, przerywanej głośnymi szlochami. Podniósł się z zasłanej liśćmi ziemi i otrzepał spodnie z prochu, który się na nich nagromadził. Vanille wiedziała, że Shiro ma rację, powinni już ruszać. Ale nie mogła pozbyć się dręczącej ją myśli... to ona zabiła Reilę.

— Dobrze. — westchnęła i również wstała. Gdy chwyciła za rękojeść miecza, by wyciągnąć go z pochwy jej głowę rozdarł okropny ból. Zauważyła, że Shiro również złapał się za głowę, a mała Dayu krzyknęła z bólu. Vanille uklękła na ziemi chowając twarz w dłoniach, a w uszach jej dzwoniło. Podejrzewała, że jej przyjaciele mają podobnie.

Krzyk, który po chwili rozdarł jej uszy był tak przeraźliwy, że sama wydała z siebie wrzask, przypominający skowyt torturowanego psa. Nie wiedziała, czy te wszystkie krzyki i koszmarne dźwięki tworzą się tylko w jej głowie, czy wszyscy słyszą to samo, co ona.

— Co to ma być, do cholery?! — wrzasnął Shiro, a ona przez dziwne dźwięki ledwo go usłyszała. Głowa bolała ją niemiłosiernie, a uszy nadal rozdzierał przeraźliwy krzyk. Krzyk kobiety. A brzmiał on, jakby tę kobietę co najmniej zarzynali nożem, bardzo powoli i boleśnie.

Po chwili krzyk ustał, tak szybko, jak się rozpoczął. Dokładnie tak, jakby się po prostu urwał, albo ktoś go wyłączył. Vanille klęczała na ziemi wpatrując się pusto w liście pod kolanami. Czym to było? Dlaczego to tak cholernie bolało? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyła. To nie mógł być zwykły przypadek, skoro wszyscy słyszeli to samo... a przynajmniej tak jej się zdawało...

— Przyjaciele...

Vanille poderwała głowę do góry i otworzyła szeroko oczy, z których jak na zawołanie ponownie popłynęły łzy. Wzrok pełen niedowierzania natrafił na zdezorientowaną twarz Shiro. Oddychała głośno i głęboko uznając, że ma omamy. Wszyscy mają omamy. Oni też musieli to usłyszeć. Zakryła mokre od łez usta dłonią i ledwo słyszalnie wykrztusiła:

— Rei...la...

*****


W gildii wrzało. Wieść o uprowadzeniu Wendy wstrząsnęła jej przyjaciółmi. Każdy rwał się, by móc wyjść i wszcząć poszukiwania według wskazówek podanych przez Charlę. Mira starała się przywrócić kotkę do porządku, bo ta obwiniała się o zostawienie Wendy samej sobie.

— Uspokój się, Charlo. Przecież to nie twoja wina... dobrze, że tak postąpiłaś. Przecież sama nie dałabyś rady uratować Wendy. Gildia się tym zajmie. Gwarantuję ci, że Wendy niedługo wróci. — głos Miry, choć zwykle potrafił nieziemsko pocieszyć, w tej chwili nie zdał się na nic (biorąc pod uwagę jej smutek i zawahanie, gdy wypowiadała te słowa).

— Miro...

— My pójdziemy. Odnajdziemy Wendy i skopiemy tyłki tym kretynom! — usłyszały głos Natsu. Stał on po środku budynku gildii w pozycji bojowej. Za nim kolejno Happy, Lucy, Gray i Erza, którzy również nie mieli zamiaru puścić wolno porywaczy Wendy.

— Dla Charli wszystko! I dla Wendy, oczywiście... — krzyknął Happy.

Charla siedziała na krześle, a z jej oczu wypływały pojedyncze łzy. Dopiero teraz zobaczyła, jak dobrych przyjaciół mają.

*****


W zimnym, niekomfortowym pomieszczeniu, w którym jedynym światłem był blask zapalonych, nielicznych świecy, już w oddali usłyszeć można było podniesione głosy. Dwie kobiety i dwóch mężczyzn stało naprzeciw siebie i krzyczało nieznośnie.

— Uspokój się, Inaban! — krzyczał jeden z nich, wyraźnie denerwowany zachowaniem towarzyszy.

— Jak mam się uspokoić, gdy ten drań... Jak mogłeś to zrobić, przecież to...!

— Sama się o to prosiła! Nie widzisz, co ze mną zrobiła?! — wrzasnęła druga, trzymając się za bolące ramię. Jak ona śmie, pomyślała, jak śmie jeszcze jej bronić? Po tym, co zrobiła?

— Spokój, do cholery!

— Ty... Nienawidzę cię. Zabiłeś ją. Zabiłeś moją córkę!

*****************************************************
Rozdział 05: "Legenda o Prześwicie"
*****************************************************


Stali pośrodku lasu wpatrzeni w swoje przerażone twarze, wyrażające w tej chwili więcej niż miliony jakichkolwiek słów. Powiewający mocno wiatr, który nagle się zerwał, smagał ich blade oblicza. Nie mogli uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszeli.
— Reila...? — Vanille słyszała swój głos jakby z oddali.
Czy to naprawdę ona?
— Kochani... — głos Reili znów rozbrzmiał jej w umyśle, a ona mimowolnie rozejrzała się po zazielenionym lesie. O co tu chodzi, do diabła?
— Rei... gdzie ty... gdzie jesteś? — wyjąkała przerażona Dayu. Vanille zauważyła, że głowę miała uniesioną do góry, jakby oczekiwała, że zobaczy postać Reili wynurzającą się z kotary utworzonej z korony drzew. Jak bardzo musi być jej ciężko, pomyślała Vanille, skoro nawet nie zdążyła pożegnać się z przyjaciółką.
Głos Reili zaśmiał się.
— Ja nie żyję, Dayu — lekki ton jej głosu był tak bardzo podobny do Reili. — Ale mam w sobie na tyle niewykorzystanej magii Diabelskiej Natury, że mogłam wrócić tutaj i przekazać wam wszystko, co wiem. A wiem o wiele więcej, niż może wam się wydawać.
— Nie wierzę... — zaczął Shiro i rozejrzał się wokół siebie. — Kim jesteś, by podawać się za naszą Reilę?!
— Jestem Reilą, Shiro. Jestem Reilą i wiem, że to, co teraz powiem sprawi wam przykrość. Ale musicie mi uwierzyć, musicie zrobić to, o co was poproszę. Inaczej będzie źle, bardzo źle. Zechciejcie mnie wysłuchać!
Ton jej głosu był tak przekonujący, że Vanille musiała dać jej szansę. Chciała ten ostatni raz porozmawiać z Reilą, której już nigdy nie usłyszy. Jej magia była na tyle potężna, by Reila mogła do nich wrócić. Poza tym zastanawiała się, co takiego zrobiła Reila.
— Powiedz o co chodzi. — Powiedziała i poczuła na sobie wzrok Shiro. Dayu opuściła głowę, a łzy, które ciekły po jej twarzy, spadały kroplami na suche liście.
— Miesiąc temu, pamiętacie, gdy byliśmy w Aqartosie, poszłam sama na spacer. Wtedy, gdy nie było mnie... tak długo. Chodziłam po cienkich dróżkach, siedziałam nad rzeką i rozmyślałam. Ha ha, to do mnie takie niepodobne, prawda?
Zauważyłam wtedy staruszka siedzącego na skraju rzeczki i moczącego sobie stopy. W butach. Pomyślałam, że musiał być niespełna rozumu, ale nieoczekiwanie odwrócił się do mnie i uśmiechnął. Przywołał mnie gestem ręki. A ja podeszłam. Zaczęliśmy rozmowę, a ja... powiedziałam mu o kamieniu. — Vanille usłyszała, jak Shiro ze świstem wciąga powietrze. — Powiedziałam, że szukamy go, by wskrzesić ojca przyjaciółki, zabitego przez złego maga. Zdziwiłam się natomiast, gdy staruszek się przeraził. Spanikowany powiedział mi, że nie możemy szukać kamienia. Opowiedział mi coś... co mną wstrząsnęło.
Urwała.
— I co dalej? Co powiedział?
— Opowiedział mi o Czarnym Magu, który poszukiwał kamienia. Vincent. — Vanille wstrzymała oddech. Czarny Mag Vincent. Zabójca jej ojca. — Powiedział, że krążą szokujące plotki, że Vincent odnalazł kamień i pod wpływem magii Podniebnego Smoczego Zabójcy chce doprowadzić do mutacji i posiąść całą magiczną moc kamienia. A gdy mag posiądzie tę moc... staje się nieśmiertelny i potężny. Najpotężniejszy. Istnieją plotki, nie wiem, czy prawdziwe, że jest potężniejszy od Zerefa, Maga Śmierci. Że zdobywa magie, które niemożliwe są do zdobycia innym ludziom. To będzie zagłada świata, rozumiecie? — Nikt nie odpowiedział na pytanie. Siedzieli z otwartymi oczami wpatrując się przed siebie, milcząc. — Nie wiem, czy Vincent już znalazł Smoczego Zabójcę, czy nie... ale wiem, że należy go znaleźć i pokonać. Musicie odebrać mu kamień i go zabić. Jak najszybciej.
— Dlaczego nie powiedziałaś nam tego wcześniej? — Zapytał Shiro patrząc przed siebie, jakby wyobrażał sobie stojącą tam postać Reili. — Przecież on tu był! Mogliśmy go pokonać! Mogliśmy zabić go, by odebrać mu kamień!
— Shiro... wybaczcie mi. Próbowałam z nim walczyć. — A więc to dlatego, pomyślałam Vanille, Reila tak zaciekle walczyła z Vincentem. — Chciałam wam o tym powiedzieć i zrobiłabym to wcześniej czy później. Ale wiem, co dla ciebie znaczy ten kamień, Vanille. Chciałaś zobaczyć znów swojego ojca, którego życia pozbawił Vincent. Trudno było mi powiedzieć ci, że musimy zniszczyć rzecz, dzięki której mogłabyś go znowu spotkać, porozmawiać...
Vanille wyprostowała się i zacisnęła dłonie. Reila była jej przyjaciółką, martwiła się o nią, wiedziała, jakie jest jej marzenie chciała jej pomóc. Oczy ponownie jej się zaszkliły.
— Reila...
— Gdzie możemy znaleźć Vincenta? — Zapytał ostro Shiro. Czy on zwariował? W takim momencie być złym na Reilę?
— Staruszek powiedział mi... że jest pewna góra. Opowiedział mi nawet legendę. Kres Prześwitu. Góra bezpieczeństwa i ratunku. Moje rzeczy. Tam jest cała legenda. Skórzana księga, którą dał mi starzec. Przeczytajcie ją. — Powiedziała. Jej głos był coraz słabszy, jakby traciła siły. — Znajdziecie tam całe wyjaśnienie. Wiem, że Vincent tam znalazł kamień i urządził tam swoją kryjówkę. Musicie się tam dostać. Musicie dotrzeć do gór Sandomii. Ja nie mogę wam pomóc, moja magia się wyczerpuje.
— Reila! — krzyknęła Dayu i zerwała się na równe nogi, gdy głos prawie całkowicie ucichł.
— Żegnajcie, kochani. I wybaczcie mi. — Głos urwał się, a do nich z powrotem powróciły gwizdy i śpiewy ptaków.
Vanille spojrzała na leżącą nieopodal skórzaną torbę należącą do Reili przed jej śmiercią. Reila zostawiła im po sobie tylko tą jedną, zwyczajną rzecz. I informacje. Tak ważne, potrzebne informacje. Biła się z myślami co do kamienia. Co zrobić?
Sięgnęła po torbę i przyglądała jej się przez chwilę. Wyjęła starannie oprawioną w skórę księgę, która ważyć musiała co najmniej kilka kilogramów. Poczuła, jak Shiro i Dayu siadają obok niej. Mała dziewczynka wciąż zalana była łzami. Otworzyła księgę na pierwszej stronie i ujrzała trójkąt z wpisaną w środek literką T. Kres Prześwitu, pomyślała i zaczęła wertować kartki książki. Napotykała na różne opowieści, takie jak ''Legenda o Śnieżnym Smoku'', '' Opowieść o Czarnej Wyspie'' oraz ''Przypowieść o chodzącej papudze''. ''Legendę o Kresie Prześwitu'' znalazła na samym końcu księgi. Zauważyła od razu, że Reila czarnym atramentem podopisywała na marginesach uwagi dotyczące tekstu. Vanille spojrzała na Shiro, a ten tylko kiwną zachęcająco głową.
— Dawno temu — zaczęła — o poranku, gdy słońce świeciło już jak za dnia, było bardzo gorąco. Ludzie ukrywali się w swoich domach, by móc oddychać. Schładzali się zimną wodą i uciekali przed słońcem. Jednak coś zaczęło się dziać. Gdy tylko nadeszło południe, a słońce było w pełni, zapalił się jeden z drewnianych domów. Cała rodzina kryjąca się w nim, zginęła. Gdy ludzie wyszli z domów, by pomóc wynosić ludzi z płonącej chaty, słońce poparzyło ich nagie ciała. Zmarli. Każdy dom po kolei zaczął płonąć, a ludzie kolejno ginęli...
— To straszne! — wykrzyknęła Dayu, przerywając Vanille czytanie legendy.
— ... Pewna grupka młodych ludzi, by uchronić się przed nieuniknioną śmiercią, założyła na siebie, mimo gorąca, mnóstwo ubrań i kaptury oraz wymknęła się z domów. Słońce stapiało ich ubrania raz po raz, ale oni uciekali jak najszybciej mogli. W ostatniej chwili dopadli Sandomiańskich gór i ukryli się w jednej z jaskiń. Nawet tam czuli zabójczą moc słońca. Czuli, jak pod jego wpływem topią się nawet góry. Modlili się, by jaskinia się nie zawaliła. Gdy uznali, ze siedzą tam juz bardzo długo, jeden z przyjaciół wyszedł na zewnątrz i oznajmił reszcie, że jest noc, a na zewnątrz, dodał, nie ma już nic. Nie uwierzyli mu i wyszli zobaczyć wszystko na własne oczy. Wszystkie drzewa, ludzie, zwierzęta, domy, i wszystko inne zostało spalone przez słońce. Nawet szczyt gór zawalił się pozostawiając po sobie pobojowisko. Jaskinia w Sandomiańskich górach uratowała im życia. Anomalię palącego słońca nazwano Prześwitem, a jaskinię w górze jego Kresem. Jaskinia od tego czasu strzeże kamienia, który jako odłamek góry, nie spłonął, tylko zaabsorbował moc Prześwitu. Kamień ma moc przywracania do życia zmarłych, a w połączeniu z odpowiednią magią... Podniebnego Smoczego Zabójcy — przeczytała dopisek Reili na marginesie — staje się bronią przeciw światu. Koniec. — Popatrzyła na ich osłupiałe miny.
— To wszystko? Takie krótkie i takie... dziwne? To nawet nie wygląda jak legenda, tylko bajka dla dzieci! — żachnął się Shiro. Vanille też spodziewała się czegoś, co bardziej przypomina legendę niż bajkę, którą czyta się dzieciom na dobranoc. Westchnęła.
— Nie wiem, nie rozumiem. Ale musimy tam iść. Sandomia...
— Gdzie to jest? Znaczy, Sandomia... — zapytała Dayu nadal wpatrując się w liście. Vanille wiedziała, że Dayu była bardzo przywiązana do Reili.
— Nie, ale... — Vanille położyła dłoń na odręcznym rysunku przypominającym mapkę. Uśmiechnęła się pod nosem. — Reila zostawiła nam podpowiedź.
Podsunęła im pod nos zarysowaną kartkę książki. Reila pomyślała o wszystkim. Zawsze sądzili, że jest głupsza, mniej wszystko rozumie i wolniej wszystko łapie. Tak bardzo się mylili. To ona wszystkiego się dowiedziała, o wszystko zadbała.
— Wyruszmy jak najszybciej. Musimy pokonać Vincenta. — Oznajmiła podnosząc się z ziemi.
— Ale Vanille, kamień...
— Kamień nie jest dla mnie ważniejszy od dobra świata. I moich przyjaciół. Reila chciała, byśmy zniszczyli kamień. I zrobimy to. Spełnimy jej życzenie.

*****


Szli najszybciej jak mogli dróżką skąpaną promieniami słońca. Zrobią wszystko, by uratować Wendy i pogrążyć tych, którzy ją porwali. Nie do pomyślenia, by zrobić coś takiego...
— Którędy, Charlo? — zapytała Erza.
— Już niedaleko do miejsca, w którym ją porwali. Ale nie wiem, gdzie dalej. Och, jestem taka beznadziejna...
— Nie mów tak! Przecież dobrze zrobiłaś, że przyleciałaś do gildii. W ten sposób pomogłaś Wendy, uwierz mi Charlo. — Lucy od początku drogi próbowała wybić Charli z głowy insynuacje, że to ona jest winna porwania Wendy i tego, że za nią nie poleciała.
— To tutaj — powiedziała Charla i zatrzymała się. — Tutaj walczyłyśmy.
Natsu rozejrzał się wokół i starał się wywąchać zapach Marvell, ale na nic się to zdało. Nie poczuł nic, prócz zapachu pobliskiego lasu.
Lucy rozejrzała się i zesztywniała, gdy zauważyła, że wydeptaną ścieżką przez las idą trzy postacie, zacięcie gestykulując i rozmawiając ze sobą.
— Kto to?

*****


W ciemnej celi roznosił się płacz. Płacz dziewczynki. Siedziała w kącie, a łzy skapywały po jej bladej, młodziutkiej twarzy. Włosy wiły się na głowie jak jadowite węże.
— Kiedy chcesz to zrobić? — dobiegł ją głos zza stalowych krat.
— Trzeba poczekać na odpowiedni moment, gdy słońce będzie w samym centrum. Za dwa dni. Trzeba jej pilnować do tego czasu.
— Dlaczego nie jutro? Czy to nie jest bezsensowne czekać tak długo?
— Musimy poczekać na dzień, gdy słońce stworzy potężną barierę. A to będzie dokładnie za dwa dni w samo południe. Do tego czasu trzeba jej pilnować. — Głos nieznoszący sprzeciwu odezwał się po raz drugi. — I zrobić coś, żeby przestała ryczeć. Irytuje mnie. — rzucił jakby od niechcenia. Jego towarzyszka tylko teatralnie westchnęła.

*****************************************************
Rozdział 06: "Spotkanie na rozdrożu"
*****************************************************


Wyruszyli od razu po przeczytaniu legendy i ustaleniu działania. Musieli dostać się do Sandomiańskich gór, odnaleźć jaskinię, w której ukrywał się Vincent, skopać mu tyłek i rozwalić kamień. Gorzej, jeśli tego kamienia nie da się tak po prostu rozbić, pomyślała Vanille. Przecież to zaawansowana magia. Nie wypowiedziała jednak swoich podejrzeń na głos. O tym będą myśleć później.
Każdy zakątek tego lasu wyglądał tak samo. Gdyby pójść w jego głębiny byłoby pewne, że na pewno się zgubią. Trzymali się więc wyznaczonej ścieżki i podążali przed siebie. Chyba gdzieś musi być wyjście? Prędzej czy później powinni je znaleźć.
— Myślicie, że zdążymy na czas? — zapytała Dayu, na nikogo nie patrząc.
— Musimy. — Ton Shiro był chłodny i w ogóle do niego niepodobny. Czyżby naprawdę miał Reili za złe, że nie powiedziała nam tego wszystkiego wcześniej, zastanawiała się Vanille. Od czasu, gdy Reila ujawniła im się boleśnie w umysłach, zachowywał się dziwnie. Nic nie mówił, a gdy już musiał, odpowiadał sucho i wymijająco.
— A co jeśli... nam się nie uda? Przecież widzieliście, jacy byli silni. — Dayu nie dawała za wygraną.
— Cóż — prychnął niebieskooki — wtedy wrócimy na tarczy.
— Shiro! — krzyknęła Vanille, patrząc na przestraszoną, bladą twarz Dayu. Jak on może! — Dlaczego? Dlaczego się tak zachowujesz? Tak, jakby to wszystko było winą Reili. Jesteś na nią zły nawet, gdy już nie żyje? Zastanów się, czy warto!
Chłopak zatrzymał się jak automat, który się popsuł.
— Dlaczego? — powtórzył. — Gdyby Reila powiedziała nam to wszystko wcześniej, nie byłoby takiego problemu. Moglibyśmy wyruszyć szybciej, może nawet pokonać. A teraz? Nie wiemy, czy Vincent nie znalazł już Smoczego Zabójcy, czy nie rozpoczął już swojego durnego projektu! Nie rozumiesz Vanille? Nie tylko my jesteśmy w niebezpieczeństwie! Jeśli on stanie się najsilniejszy, to co wtedy? Wiesz, jaki on jest, wiesz, do czego dąży. Gdyby Reila...
— Przestań! — krzyknęła Dayu, a echo jej głosu poniosło się między drzewami. — Jak możesz tak mówić? Przecież ona chciała nas chronić! Nie chciała też zawieść Vanille! Wiesz, ile ten kamień dla niej znaczy! Więc nie mów tych wszystkich rzeczy o Reili... nie mów — ostatnie słowa wydukała, a łzy spłynęły jej po policzkach. Shiro stał zdezorientowany z szeroko otwartymi oczami. Po chwili jednak opamiętał się, prychnął i odwracając z powrotem ruszył w drogę. Vanille westchnęła i objęła Dayu ramieniem.
— Przepraszam — usłyszały nagle. — Przepraszam, nie powinienem był tego wszystkiego mówić, ale... jestem zły. I tak samo jak wy, rozpaczam po odejściu Reili. Wybaczcie mi.
Dziewczyny spojrzały na siebie, a Vanille uśmiechnęła się lekko.
— Wybaczamy? — zapytała spoglądając na Dayu.
— Wybaczamy.
W oddali zamajaczyła rozciągająca się polana. A na niej kilka postaci. Shiro znów się zatrzymał.
— Co do... cholera. Nie możemy teraz walczyć i tracić tyle czasu. — Powiedział szorstkim tonem, ale wyjął zza pasa miecz. Vanille zrobiła to samo. — Chodźcie.

*****


— Kto to? — zapytała Lucy po raz drugi.
— Nie mam pojęcia — odpowiedziała Erza, a w jej dłoni pojawił się miecz.
Postacie miały w dłoniach miecze, więc można było się spodziewać, że zaatakują. Magowie podeszli bliżej lasu. Nie mogli teraz walczyć. Musieli jak najszybciej dostać się do Wendy. Gdziekolwiek ona była.
— Kim jesteście? — zapytała Erza, gdy byli już na tyle blisko, by ją usłyszeć.
Lucy, która tylko wpatrywała się w stojących przed nimi ludzi zauważyła, że niewysoka dziewczynka stojąca obok białogłowej dziewczyny musiała być w podobnym wieku do Wendy.
— A wy? — zapytał wysoki chłopak z niebieskimi włosami, które tak bardzo przypominały włosy Jellala. Lucy ukradkiem spojrzała na Erzę. Nie zobaczyła w jej oczach żadnego błysku.
— Pierwsi zadaliśmy pytanie. — Odezwał się Gray, podchodząc bliżej. Oczy dziewczyny z białymi włosami rozszerzyły się, gdy jej spojrzenie padło na znak gildii na klatce piersiowej Gray'a.
— Fairy Tail... — szepnęła i opuściła miecz. Spojrzała na zdezorientowanego towarzysza. — Daj spokój, Shiro. Oni mogą nam pomóc.
Pomóc? Pomyślała Lucy. O co tutaj chodzi?
— Pomóc? — milczący jak dotąd Natsu wystąpił naprzód. — Niby w czym?
— Jesteśmy magami. Nie mamy... gildii jak wy. Ale jesteśmy. Dziwnie prosić o to dopiero co napotkanych magów, ale... wiem, że jesteście bardzo dobrą gildią. Ktoś mi opowiadał — dodała szybko. Lucy stwierdziła, że jest w tej dziewczynie coś... interesującego. — Proszę. Pomóżcie nam.
— Vanille... możemy załatwić to sami. — Odezwał się nagle niebieskooki chłopak.
— Wybaczcie, ale... — zaczęła Lucy, ale przerwała jej Erza.
— W czym mamy wam pomóc?
— Erzo, nie możemy teraz tracić czasu. Musimy się pospieszyć, żeby... — Happy po raz pierwszy zabrał głos. Mała dziewczynka spojrzała na niego zafascynowana, jakby był drogocennym posągiem.
— Cisza. — Twardy ton głosu Erzy zamknął wszystkim usta. Tytania zawsze potrafiła postawić na swoim.
— Musimy... odnaleźć coś, a później to zniszczyć.
— Jaki jest sens w odnajdywaniu czegoś, aby potem to rozwalić? To tak, jakbym złowił rybę po to, by potem ją wypuścić. To bez sensu! — powiedział Natsu, za co dostał kuksańca od Gray'a. Popatrzył an niego srogo, ale opamiętał się ujmując ostre spojrzenie Erzy.
— To nie tak — zaczęła dziewczyna. — Wczoraj zmarła nasza przyjaciółka. Została zamordowana. Jednak... znalazła pewien środek komunikacji i przekazała nam ważne wieści. Jesteśmy w drodze do kamienia. Musimy go znaleźć i zniszczyć, zanim... — dziewczyna głośno westchnęła, jakby nie mogła znaleźć odpowiednich słów. — Chodzi o to, że jest pewien człowiek. Ma na imię Vincent. W jego ręce dostała się bardzo niebezpieczna rzecz: kamień nieśmiertelności. Kamień służy do wskrzeszania zmarłych...
— Jest takie coś? — zdziwił się Gray.
— To potężna magia. Ale Reila... nasza przyjaciółka przekazała nam, że pod wpływem magii Podniebnego Smoczego Zabójcy może być bardzo niebezpieczny...
— Podniebny Smoczy... Zabójca? — Erza wytrzeszczyła oczy. — Wendy...
— Tak. Vincent może stać się najpotężniejszym magiem. A to źle się skończy. Jest dobrze, jeśli nie dostał w swoje ręce Smoczego Zabójcy, wtedy jeszcze mamy szansę, by...
— Niestety — odezwał się Natsu. — Smoczy Zabójca jest w jego brudnych łapach.
— Skąd o tym wiesz? — głos zabrał chłopak.
— Smoczy Zabójca, o którym mówicie... to prawdopodobnie jedna z naszych przyjaciółek. Która została dziś porwana. — Po słowach Erzy na twarzach magów pojawił się wyraz niedowierzania.
— Pomożemy wam. My także mamy sprawę do załatwienia z tym... Vincentem. — Odezwał się Gray, a na twarzy białogłowej dziewczyny zagościł uśmiech.
— Ależ się napaliłem! Skopiemy tyłki temu kretynowi! — Krzyknął Natsu.
Lucy miała nadzieję, że nie jest na to za późno.

*****************************************************
Rozdział 07: "Mechanizm śmierci"
*****************************************************


Stojąc tak na środku tej polany czuła, jak napinają się wszystkie jej mięśnie. Mózg przetwarza informacje bardzo wolno, jakby był pod wpływem silnej magii. Można im zaufać? Na pewno chcą pomóc? Skąd mogą wiedzieć, że ta dziewczyna to na pewno ich przyjaciółka? Przecież niekoniecznie jest tylko jeden taki Smoczy Zabójca.

Choć tysiące pytań kłębiło się w głowie Vanille nie mogła zaprzeczyć, że, jeśli mówią prawdę, są szlachetni. Za wszelką cenę uratują tę dziewczynę, choćby mieli oddać własne życia.

A poza tym, przecież Vanille sama poprosiła o pomoc. Co z tego, że zrobiła to pod wpływem impulsu i bez dłuższego namysłu? Nie mogła teraz tego cofnąć. A nuż jednak im pomogą.

— Powinniśmy się pospieszyć — ruda czarodziejka zabrała głos. Miecz, który wcześniej trzymała w dłoni, rozpłynął się nagle w powietrzu. Vanille zerknęła kątem oka na Dayu, której oczy znacząco się rozszerzyły. Tak, magia tej magini była naprawdę imponująca. — Bo możemy nie zdążyć — dorzuciła i odwróciła się do swoich towarzyszy coś do nich mówiąc.

— Tak. Chodźmy. Im szybciej odbierzemy Vincentowi kamień, tym lepiej. Jeśli będziemy się obijać, wasza koleżanka może już wąchać kwiatki od spodu. — Powiedział Shiro nie siląc się na miły ton. Vanille zgromiła go wzrokiem. Zauważyła także, że oczy białej kotki unoszącej się w powietrzu gwałtownie się rozszerzyły, a wysoka blondynka zaczerpnęła powietrza. Vanille wiedziała, że nie czas teraz na tak rzeczy, ale... pozazdrościła jej tak dużego biustu.

— Żebyś ty nie musiał ich wąchać — prychnął chłopak o włosach w kolorze różu. Istotnie, wbrew wszystkiemu mu pasował. Ruszył przed siebie, a za nim jego towarzysze.

— Tak, ponoć róże... pachną całkiem inaczej — dodał drugi, spoglądając ukradkiem na Vanille. Ta speszyła się i uciekła wzrokiem, ruszając za różowym magiem.

Ciekawiło ją, jaką magię posiadają czarodzieje. Niewysoka ruda magini wyglądała jej na bardzo silna. Już zaprezentowała część swojej niezwykłej magii — możliwość szybkiej zmiany broni. A może miała do dyspozycji tylko jeden miecz? Druga w kolejności była szczupła blondynka. Nie wyglądała na silną, a wręcz przeciwnie. Vanille porównała ją do dziewczyn, które kiedyś poznała. Takich, które ciągle trzeba było ratować i wynosić płaczące i mdlejące z miejsca zdarzenia. Ale, jak powiedziała kiedyś jej matka, nie oceniaj książki po okładce.

Później był ów różowy chłopak z szalikiem, który jako pierwszy zauważyła Vanille. Również nie wyglądał na silnego, ale, jak zdążyła przekonać się już dziewczyna, miał cięty język. No i wreszcie, czarnowłosy chłopak. On musiał być silny. Jego ostry wyraz twarzy mówił sam za siebie. A dwa latające... koty? Tego nie potrafiła Vanille rozszyfrować.

— Happy? — rudowłosa magini spojrzała na niebieskiego kota nie zatrzymując się. — Czy dałbyś radę dolecieć do gór niosąc mnie ze sobą?

— To zbyt daleko, Erzo...

— Ja dam radę. — Biała kotka (różowa sukienka mówiła sama za siebie) wystąpiła przed szereg. — Zrobię wszystko, by jak najszybciej odnaleźć Wendy.

— Nie, Charlo. Jeśli Happy nie da rady, ty także. Mogliśmy wziąć wóz z gildii... zbyt szybko to wszystko poszło. Nie przygotowaliśmy się. Gdyby tylko wszystko przemyślała...

— Nie było czasu, by myśleć, Erzo. Nie bierz winy na siebie — blondynka starała się przekonać czarodziejkę. Byli zgranymi przyjaciółmi i kochali się wzajemnie. Bo gdyby tak nie było, nie szukali by teraz tej zaginionej dziewczyny.

Dziewczyna, którą blondynka nazwała Erzą (Vanille starała się zapamiętywać imiona. Mogą się przydać w walce) zamilkła i zacisnęła usta w wąską linię. Wyglądała ja wulkan, który ma zaraz wybuchnąć.

O gildii Fairy Tail usłyszała kiedyś od pewnej dziewczyny, która niedługo potem zmarła. Zapamiętała znak, który jej wtedy pokazała, więc rozpoznała go, gdy zobaczyła go na klatce piersiowej tego chłopaka. Dziewczyna, która opowiedziała jej o gildii, Daphne, chciała do nich dołączyć. Niestety nie było jej to dane.

Vanille ledwo nadążała za magami. Raz po raz przyspieszali kroku w ogóle się nie męcząc. Można powiedzieć, że prawie już biegli. Ale czy to jest rozsądne? Później mogą nie mieć siły na walkę. Zauważyła, że Shiro i Dayu też już sobie nie radzą.

— Czy moglibyśmy... — zaczęła Vanille, ale przerwał jej chłopak z szalikiem.

— Przyspieszyć? Jeśli chcesz...

— Zwo...zwolnić! — Wychrypiała białogłowa starając się złapać oddech. Nie wyszło jej to na dobre, bo momentalnie złapała kolkę.

— Zwolnić? Och nie. Chyba, że nie zależy wam na ratunku dla świata. Sami stwierdziliście, że kamień jest bardzo niebezpieczny. — Ciemnowłosy chłopak miał rację. Jeśli będą się guzdrać, Vincent zdąży posiąść moc kamienia. A wtedy na pewno już go nie pokonają.

Podążyli dalej, biegnąc i ledwo oddychając, ale Vanille już nie protestowała.

Nagle kilka rzeczy zdarzyło się równocześnie.

Erza zatrzymała się raptownie, tak że biegnąca za nią Vanille wpadła na jej plecy.

W oddali rozległ się huk, a w ich stronę leciała rozżarzona do czerwoności strzała.

Ruda czarodziejka przywołała swój miecz i odbiła metal, który zostawił głęboką rysę na lśniącej stali.

— Co do... — Shiro spojrzał w dal i zaniemówił. W ich stronę podążały cztery postacie. Biegły szybciej, niż jakikolwiek człowiek. Vanille miała dobry wzrok... od razu ich rozpoznała. Walczyli z nimi w Denomii. To oni są tymi, którzy zniszczyli wioskę. I nie wiadomo było, jaki mają w tym cel. Teraz wzięli się za Trytomię?

Ale nie mogą teraz walczyć!

— Cholera, w takim momencie! — krzyknął zrezygnowany chłopak z szalikiem. — Chyba będzie trzeba sprać im tyłki, co...?

— Nie mamy na to czasu! — odkrzyknęłam. Naprawdę chcieli teraz walczyć?

— Nie mamy również wyjścia. Pamiętasz, co zrobili z Denomią? Nie przebijemy się przez nich, nie ma szans! — Shiro, choć wizja walki widocznie nie przypadła mu do gustu, wyjął miecz i wysunął do przodu. — Clava Quattuor Stellae — wyszeptał, a lśniące ostrze rozbłysło jasnoniebieskim światłem.

Magia Shiro była prześliczna. Gdy używał jej na powietrzu, a nie na mieczu, wyglądała jeszcze bardziej zjawiskowo.

Nie mieli wyjścia. Musieli walczyć. Vanille złapała za swój miecz i wysunęła się do przodu razem ze wszystkimi. Pora się spiąć i zawalczyć. Podczas ostatniej walki, którą, niestety, przegrali, Vanille wychwyciła wszystkie ruchy przeciwników. Mimo wszystko nie byli oni aż tacy silni. Tylko cholernie sprytni. Ale ich spryt ograniczał się pewnego minimum. Kiedy jeden się zmęczył, walczył za niego drugi, podczas gdy tamten udawał, że coś robi, tak naprawdę sobie odpoczywając. Pierwszy miał za zadanie ochraniać drugiego, a ten, który był najbardziej wytrzymały, walczył dłużej. Prosta i mało skomplikowana logika. Wystarczyło, że nie pozwolą odpocząć magowi. Wtedy szybko wygrają. Ostatnim razem nie udało im się to, bo było ich czterech, a w tym słaba Dayu. I wtedy dostrzegli to zbyt późno, by mogli cokolwiek zdziałać.

Teraz nie było czasu, by cokolwiek przekazać reszcie. Istniała tylko nadzieja, że w trakcie walki szybko się połapią, o co chodzi. Ewentualnie mogli im to jakoś pokazać.

Chłopak z szalikiem zaatakował nieproszonych gości jako pierwszy. Nie był to mocny atak, ale najwyraźniej zrobił to tylko po to, by zbadać, jak bardzo są odporni na ciosy i co takie uderzenie im zrobi. Nie było wielkiego zdziwienia, kiedy okazało się, że nie zrobiło nic.

— Natsu! — zawołał niebieski kot, gdy chłopak upadł na ziemię odepchnięty.

— Sukinsynu... —powiedział, wstając. Wszystko wokół rozbłysł na pomarańczowo, a sam chłopak wyglądał, jakby się palił. Magia... — Pazur ognistego smoka!

Dobra. Vanille źle go oceniła. Chłopak był silny. W cholerę silny.

Ale nie walczył już sam. Reszta jego zespołu, a nawet Shiro i Dayu, rzucili się w wir walki. Tylko ona stała z boku, jak ten łoś. W porównaniu z magią tych ludzi, ona była... bezużyteczna? Miała tylko miecz i odrobinę czarodziejskiej mocy, niedość rozwiniętej, by móc z niej cokolwiek zyskać.

Mimo to, nie mogła tak sobie po prostu stać. Zauważyła, że dwóch magów starannie ochrania jednego. Aha. Chcesz sobie odpocząć? Niedoczekanie!

Momentalnie przeskoczyła obok walczącej Erzy i wywijającej złotym kluczem blondynki, lądując wprost obok machającego z zapałem mieczem Shiro. Kiwnęła do niego głową i wskazała na stojącego z tyłu maga. Shiro rozejrzał się i odskoczył na bok, odsłaniając rudowłosej czarodziejce przejście do maga. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że ani podczas ataku w Denomii, ani teraz, ów magowie się nie odezwali. Ani razu, nawet jednym słowem. Ani ''dzień dobry'', ani ''do widzenia'', ani ''wypierdalać''. Nic.

Wraz z Shiro przemknęli obok walczącego i stanęli naprzeciw zdezorientowanemu, zadyszanemu magowi. Ci to na prawdę szybko się męczą.

Wykorzystali chwilę zdziwienia przeciwnika i zaatakowali razem, by cios był na tyle skuteczny, by go powalić. Vanille zamachnęła się mieczem wyrzucając z siebie zaklęcia. Wokół pojawiła się biała poświata, a przeciwnik... tak po prostu upadł? Niemożliwe. W Denomii... byli o wiele silniejsi. Czyżby coś się stało? Shiro wyglądał na równie zdziwionego, co ona.

Leżący na ziemi mag wypuścił miecz z dłoni i uśmiechnął się. Uśmiechnął.

— Głupcy — wykrztusił. Głos miał zachrypnięty i niski. — Głupcy. Pokonalibyśmy was. To koniec. Arachne... bogini... z wami koniec! Abra nie... nie wybaczy... — z jego ust potoczyła się szkarłatna krew, a oczy stały się puste, niewidzące. Odgłosy walki umilkły. Zostali pokonani?

Ten mechanizm nie działał tak, jak się tego spodziewali. Jeśli zginął jeden, ginęli wszyscy trzej. Kim byli...?

— Z nami... koniec? Abra nie wybaczy? Arachne? O co do cholery, tutaj chodzi? — Siro rozejrzał się po oniemiałych twarzach. Nikt nie rozumiał ostatnich słów maga z mieczem.

*****


W ciemnej komnacie, w której jedynym źródłem światła była niewielka pochodnia zawieszona na skalnej ścianie stał mężczyzna. Obracał w dłoniach niewielką rzecz, będącą teraz jego największą nadzieją i radością. Mały, zielony kamyczek emanował delikatnym światłem.

— Już niedługo. Niedługo się zobaczymy...

— Vincencie...? — w kamiennym wejściu do komnaty stała niewysoka, szczupła kobieta. — Postanowiłeś już?

— Tak. — Odparł po chwili wahania. — Przygotuj wszystko. Zaraz zaczynamy.

*****************************************************
Rozdział 08: "Blask nieśmiertelności"
*****************************************************


Kobieta stojąca w wejściu do kamiennej groty zagryzła wargę. Miała nadzieję, że jej brat nie postępuje zbyt pochopnie — w końcu nie miał pewności, że jego eksperyment się uda. Ale z drugiej strony miał rację. Dziewczyny na pewno już ktoś szukał, a na nich poluje grupa magów z białogłową na czele.

Inaban poczuła ukłucie w sercu na myśl o czarodziejach i tym, co stało się z jej córką. Czuła nienawiść do swojego brata, że zadał Reili śmiertelny cios.

— Na co czekasz? — jej rozmyślania przerwał ostry głos Vincenta. — Idź i im powiedz, żeby wszystko przygotowali.

— Nie uważasz, że działasz zbyt szybko, Vinc? Jeśli coś się nie powiedzie, może nie być drugiej szansy. Nie wiesz jak dokładnie działa kamień.

Odwrócił się w jej stronę odpowiadając pełnym gniewu wzrokiem.

— Masz mnie za idiotę? Gdybym nie miał pewności, że wszystko pójdzie po mojej myśli, nigdy bym się za to nie zabrał. Wszystko musi pójść zgodnie z planem. — Mimo jego pewnego głosu, Inaban nadal nie była przekonana.

— Porywasz się z motyką na słońce, Vinc. Sam mówiłeś, że to musi odbyć się dopiero za dwa dni. Powiedziałeś to... dwie godziny temu? Dlaczego tak nagle zmieniłeś decyzję? Postępujesz zbyt pochopnie i...

— Zamknij się. — Syknął z groźną miną. Blondynka poczuła nagły przypływ odwagi i zrobiła krok do przodu.

— Niby dlaczego? To, że jesteś najstarszy nie znaczy, że możesz nami pomiatać! Dobrze wiesz, że zmusiłeś nas wszystkich do brania udziału w tym wszystkim grożąc, że nas pozabijasz. Chciałeś zabić własne rodzeństwo! Ty i Necta, która bez zawahania do ciebie dołączyła. Chciałeś zabić swojego bliźniaka, Vincencie! — wściekłość, która pojawiła się na twarzy Vincenta wcale nie przeraziła Inaban, a wręcz przeciwnie, dodała jej odwagi. — Masz nas gdzieś, masz gdzieś to, co się z nami stanie. Myślisz tylko o sobie. Nawet nie chciałeś nam wyjawić, dlaczego, do licha, tak zależy ci na białogłowej. Chciałeś ją zabić, a to przecież twoja...

— Dość. — Inaban szybko odwróciła się, gdy z miejsca, w którym nie tak dawno stała ona, rozbrzmiał znajomy głos, suchy i wyprany z emocji. Stała twarzą w twarz z Villowem. — Inaby, odejdź. Albo twój brat zaraz zrobi ci krzywdę. — Spojrzał znacząco w stronę ledwo panującego nad sobą bliźniaka. — Ja się nim zajmę. Jeśli się pozabijacie będziemy mieli problem. No idź. — Ponaglił ją. Blondynka wyszła chwiejnym krokiem z pomieszczenia. Gdy szła ciemnym korytarzem rozmyślała, co tak właściwie zamierzała osiągnąć swoimi słowami. Przecież to jasne, że na pewno nie przemówiłaby bratu do rozumu.

Weszła do jednej z kamiennych grot i usiadła na wąskim, twardym łóżku. Przejechała po nim dłonią i przygryzła wargi, by się nie rozpłakać. Nie, nigdy nie była miła, sympatyczna tym bardziej; uwielbiała patrzeć na ludzki ból. Ale teraz, gdy to ona cierpi...

Myślała nad wszystkim. Tym, gdzie są, gdzie mieszkają i do czego zmierzają.

Jej rozmyślania nie trwały długo. Gdy tylko usłyszała głośny huk, chwyciła się mocno łóżka, by nie spaść, gdy ziemia się zatrzęsła.

*****


Mimo opóźnienia spowodowanego przybyciem magów, z którymi wdali się w walkę (i których zabili) oraz naglącego czasu, Vanille wraz ze swoimi przyjaciółmi i grupą czarodziei, których po drodze poznali, dotarła do Sandomiańskich gór. Nie były to wysokie szczyty — można by spokojnie na nie wejść w ciągu jednego dnia. Nie były także strome, więc jako takie zabezpieczenie nie byłoby potrzebne.

Stojąc w cieniu między drzewami rozglądali się na boki.

— Musimy się rozdzielić. Inaczej nie znajdziemy wejścia do jaskini. — Erza pomasowała skronie, jak przy bólu głowy. Natsu, ten ognisty chłopak z szalikiem, spoglądał w stronę gór i... wąchał? Zaraz...

— Nic nie czuję. Ani odrobiny zapachu Wendy, czy innego maga.

— Ja też. — Odparł niebieski kot, Happy. (Vanille cieszyła się, że udało jej się zapamiętać wszystkie te imiona i ludzi, do których należą).

Lucy weszła między dwa ogromne krzaki, a Gray podszedł do skały góry. Delikatnie przejechał po niej dłonią i skrzywił się.

— Jeśli okaże się, że jaskinia jest ukryta jakimiś czarami to jesteśmy w dupie. — Westchnął i odszedł w stronę zielonych krzewów. — Znalazłaś coś, Lucy?

— Nie, niestety... zaraz, a co to? Ach, nie, to tylko jakieś zadrapanie na skale... — Gray westchnął rozczarowany. Szukali wejścia do jaskini, ale Vanille obawiała się, że lodowy mag może mieć rację. Jeśli grota jest ukryta zaklęciami, naprawdę są w dupie.

— Ech, no po prostu to rozwalmy! — zawołał Natsu i przymierzył się do wysłania w powietrze swojej ognistej magii.

— Nie! Natsu, zaczekaj! Ja chyba...! — Lucy nie zdążyła dokończyć zdania, bo chłopak już zionął ogniem, niczym smok. Skalna góra wydawała się być nietknięta.

— Natsu... znalazłam wejście. — Westchnęła Lucy ukrywając się za górą spalonych liści i gałęzi.

Vanille wstrzymała oddech (sądziła, że nie ona jedna) i podbiegła do blondynki stojącej obok wejścia do ciemnego korytarza.

— Brawo, Lucy. — Powiedziała Erza i wepchnęła się do środka jako pierwsza.

*****


Vincent przyglądał się bratu. Nie wyglądali jak bliźniacy, wcale nie byli tacy sami.

— Co jej zrobiłeś, że tak na ciebie wyjechała?

— Akurat to nie powinno być twoją sprawą. To ty zabiłeś jej córkę.

— Wiesz, że to nie tak. — Villow zmarszczył brwi. Teraz gniew Inaban zaczynał się udzielać i jemu. Nie chciał zabić córki swojej siostry, wcale nie miał tego w planach. — Musiałem coś zrobić. Nie miałem zamiaru ich wszystkich pozabijać. A Reila...

— Pierwsza się nasunęła?

— Można tak powiedzieć. — Potwierdził. — Robimy to dziś?

— Tak. Nie mogę czekać. Gdyby nie Inaban, już dawno byśmy zaczęli. Przynajmniej ty zrób to, co ci mówię. Przyprowadź tutaj Zabójcę... ale najpierw zajdź po Nectę. Już lepiej się czuje, prawda?

— Jakby cię to interesowało...

— Tylko nie puszczaj Zabójcy. Mimo, że jest dzieckiem czuję, że może być sprytna. — Kontynuował swoją wypowiedź Vincent. Villow prychnął. Sprytna? Ta dziewczynka, która siedziała teraz w celi i ryczała jak bóbr, bo stałą się jej krzywda?

— A Inaby...?

— Inaban — poprawił go brat. — Macie mówić na nią Inaban. Zostawcie ją w spokoju. Niech ochłonie. Najwyżej ominie ją piękna eksplozja kamienia.

Skąd możesz wiedzieć, że jest piękna, pomyślał Villow.

Wyszedł z pomieszczenia szybkim krokiem i zostawił Vincenta samego. Już tak niewiele zostało, by dosięgnąć celu, by mieć wszystko, czego od tak dawna pragnął, że nie mógł się teraz poddać.

Villow wrócił po kilku minutach z Nactą u boku i szamoczącą się dziewczynką. Vincent uśmiechnął się od ucha do ucha (co w jego przypadku wyglądało przerażająco i zarazem komicznie) i podszedł do niej z lśniącym kamieniem w dłoni.

— Widzisz to? — chwycił kamień tuż przed jej oczami. — To coś, co za chwilę pięknie naładujesz swoją podniebną mocą. Jasne?

Dziewczynka nie odpowiedziała, tylko zadrżała nieco. Już nie płakała. Mag, który ją trzymał szarpnął mocno za jej nadgarstek, nadal związany grubym sznurem. Przeciągnął ją na drugą stronę pomieszczenia i nieco brutalnie przywiązał do wbitego w nią metalowego pręta.

— Więc, kochana, teraz cię rozwiążę. Jeśli tyko spróbujesz uciec, magia moja i mojej siostry pozbawią cię tych pięknych nóżek. I wszystkiego innego po kolei. Zrozumiano?

Dziewczynka kiwnęła głową. Chyba nigdy w życiu nie bała się tak, jak teraz.

Villow odwrócił się do Vincenta i kiwnął głową. Odwiązał ręce młodej czarodziejki. Sam ustawił się przy drzwiach razem ze swoją siostrą, odcinając Zabójcy Smoków drogę ucieczki.

Vincent ustawił kamień na skale, która sięgała mu do pasa.

— Gdy tylko powiem start, jasne?

Gdy magini kiwnęła głową, Vincent ustawił się za kamieniem.

— Start. — Powiedział. Jego głos nie wyrażał entuzjazmu, co było bardziej niż dziwne, zważając na to, ile czasu na to czekał.

Smocza Zabójczyni wysłała w powietrze swoją magię, a kamień zapulsował, gdy tylko ją pochłonął. W pierwszych sekundach nic się nie działo. Kamień po prostu leżał i świecił jak dawniej. Potem zaczął się powiększać, a jego światło robiło się coraz bardziej wyraźne. Vincent uśmiechnął się. Działa.

Mimo tego, że nie zrobili tego w dniu, który zapisany był w księdze, udało się.

Wielki, świecący promień wystrzelił w górę, ale nie przebił kamiennego sufitu.

Góra zatrzęsła się.

Villow upadł na ziemię pod wpływem silnego uderzenia. Necta szybko przybrała pozycję bojową, gdy tylko zobaczyła chłopaka z gniewnym wyrazem twarzy.

— Natsu...! — Wyrwało się dziewczynce.

— Spokojnie, Wendy — powiedział ów chłopak. — Zamierzamy skopać im tyłki i cię stąd wyciągnąć.

Vincent roześmiał się. Kamień nadal wysyłał w powietrze potężny laser jaskrawego światła.

— Takie dzieci jak wy chcą pokonać mnie? Naprawdę jesteście aż tak naiwni, czy robicie sobie żarty?

— Żarty w takim momencie się nas nie trzymają, Vincencie. — Vanille wyszła zza kamiennej wnęki trzymając w ręku swój miecz. Uśmiech na twarzy mężczyzny przygasł, by po chwili znów się pojawić.

— Vanille! Kochana Vanille. Kiedyś ty tak urosła?

Dziewczyna zadrżała. Gdy tylko go ujrzała odżyły wszystkie wspomnienia. Śmierć rodziców, którą widziała na własne oczy. Zerknęła na Villow'a. Śmierć Reili. Wyglądał... na zmieszanego... zawstydzonego. Zawstydzony morderca! Tego jeszcze nie było! Miała ochotę się roześmiać.

— Wiesz co? Cieszę się na twój widok. W końcu mam możliwość cię zajebać.

— Tak brzydkie słowa z tak pięknych ust? — roześmiał się pogardliwie. Vanille drgnęła po raz drugi. Stary zboczeniec, pomyślała. Necta złapała za miecz przypięty u boku, ale Vincent powstrzymał ją podnosząc dłoń. Przeniósł sówj przenikliwy wzrok na niską postać czającą się za Shiro.

— Dayu, kochanie...

— Nie mów tak do niej! — Vanille zagroziła mu długim mieczem.

— Chyba nie zabronisz mi zwracać się tak do mojej...

— Vincencie! — krzyknął Villow podchodząc do brata. — Nie po to wszystko ukrywaliśmy, żeby teraz...

— Co za różnica? Przecież i tak zaraz zginą. A może po poznaniu prawdy zmienią zdanie i dołączą do nas? Przestaną wierzyć w te brednie, które sami sobie wymyślili? — coraz jaśniejszy blask wydobywający się z kamienia poraził ich w oczy. Sufit zaczął się kruszyć. — Zaczyna się.

Necta odruchowo cofnęła się, a Wendy z przerażeniem spojrzała w górę. Niewielkie odłamki zaczęły upadać na podłogę.

— A jednak. Zacząłeś. — Inaban przyczaiła się tuż za stojącym w kamiennym otworze Gray'em. W dłoni ściskała miecz świecący błękitnym światłem. — Jesteś idiotą, Vincencie. Idiotą!

Zamachnęła się mieczem, a lodowy mag ledwo zdążył się uchylić. Strach pomyśleć, co stałoby się, gdyby tego nie zrobił. Erza przywołała jedną ze swoich zbroi i zaatakowała Inaban. Lucy, korzystając z chwili otępienia, podbiegła do Wendy licząc, że Natsu pomoże jej zatrzymać Vincenta. Zrobiła to jednak Vanille, która w wrzaskiem rzuciła się na mężczyznę.

— Wendy, czy wszystko...?

Sufit zapadł się prawie zgniatając walczącego z Shiro Villow'a. Kamień na skale pozostał jednak nienaruszony. Tak, jakby wokół niego wytworzyła się niewidzialna kula, osłona, która nie pozwalała go zniszczyć.

Jednak samo zapadnięcie się sufitu było dziwne. Przecież niemożliwym było, by kamienna góra tak po prostu się zawaliła. No i nie było widać światła dziennego. Na górze musiało być pomieszczenie.

— Ty mały gnoju!

Lucy odwróciła twarz w stronę niskiego, kobiecego głosu.

Necta.

Wściekłość emanowała od kobiety na kilometry, gdy klęcząc trzymała się za krwawiący bok. Gray stał kilka metrów od niej, a jego twarz zdobił niewielki uśmiech.

Jego zadowolenie nie mogło trwać długo. To nie mogło się dobrze skończyć.

Cały świat zawirował, a pod Lucy ugięły się nogi.

Uśmiech zastygł na twarzy maga, a kolana uderzyły o kamienne podłoże, gdy krwawiąca wcześniej z boku kobieta chwyciła ostry, świecący na czerwony kolor miecz i przeszyła nim ciało Gray'a.

Nie.

Niemożliwe.

Nie!

— GRAY!

*****


— Nie!

Juvia zerwała się na równe nogi wylewając stojący na stole sok. Łzy spływały po jej pobladłych policzkach. Coś się stało.

Juvia go kochała.

Juvia wiedziała.

Gray...

*****************************************************
Rozdział 09: "Lód topi ogień"
*****************************************************


— Ha ha, frajerze, nie złapiesz mnie! — wołał mały chłopiec dysząc. Różowe włosy połyskiwały w zachodzącym słońcu, a założony na szyi szalik łopotał pod wpływem lekkiego wiatru.
— Jeszcze zobaczymy! — odkrzyknął drugi, czarnowłosy, nieco wyższy i przy okazji półnagi. Przyspieszył nieco i wyciągnął dłonie, by móc dosięgnąć rąbka koszulki kolegi. Pociągnął za kołnierzyk i obaj polecieli do tyłu. Mimo, że bolało, obaj się zaśmiali.
— Masz przerąbane.
— Ty też.
— Zginiesz.
Czarnowłosy w odpowiedzi tylko się zaśmiał.

Cały świat jakby nagle się zatrzymał.
Jakby dostał zawału i jego serce, najważniejsza część, przestała bić.
Odgłosy walki w jego głowie zanikły.
Nie słyszał nic, poza swoim własnym, zduszonym, aczkolwiek przeraźliwym krzykiem.
Poczuł, jakby coś ciężkiego uderzyło go w twarz... nie, nie w twarz. W serce. I rozerwało je na drobne kawałeczki. Na części, które już nigdy nie zostaną połączone w jedną, spójną całość.
Przecież to nie może tak się skończyć.
— GRAY!

Czarnowłosy osunął się na ziemię. Krew wyciekająca z jego rany tworzyła bordową kałużę wokół jego bladego ciała. A obok stała Ona. Mimo bolącego nadal boku uśmiech nie schodził jej z twarzy. Trzymała w dłoni ów miecz, którym zadała ostateczny cios.
Jak to możliwe, by to człowiek był wyrocznią dla innych ludzi?

Przerażającą ciszę, która zdawała się trwać kilka godzin przerwał donośny, dziewczęcy krzyk. Wendy schowała twarz w dłoniach, a jej płacz roznosił się po całej jaskini. Lucy upadła obok niej na kolana wpatrzona w ten jeden jedyny trwający w bezruchu punkt. W zastygłą istotę, która jeszcze przed chwilą tak zaciekle starała się pomóc w walce.

Skalne ściany zatrzęsły się, a kilkadziesiąt dużych kamieni spadło odbijając się głucho o posadzkę. Mimo, że jaskinia zawalała się nikt nie miał najmniejszego zamiaru opuścić jej przed zgładzeniem wrogów. Tym bardziej drużyna Fairy Tail, która właśnie na własne oczy zobaczyła śmierć jednego ze swoich przyjaciół.

Lucy cudem uniknęła skrócenia o głowę przez walczącego zaciekle Vincenta. Złapała Wendy za drobną dłoń i pociągnęła z całej siły w bezpieczniejszą stronę jaskini. Posadziła dziewczynę w kącie. Obie nadal były w szoku. Obie płakały i obie z ledwością były w stanie myśleć. Nie dały rady wstać, ich oczy kierowały się od jednej osoby do drugiej, po czym spoczęły na zastygłej istocie.
Natsu obrał sobie za cel Nectę, która z ogromnym uśmiechem na ustach uniosła miecz w akcie okazania swojej wygranej.

— Nie tym razem, szmato! — krzyknął, przełykając wcześniej łzy, które spłynęły mu do gardła. Atakując morderczynię swojego przyjaciele dał wolną drogę Lucy, by zaciągnęła ciało Gray'a na bok, by nikt nie śmiał go zbezcześcić. Dziewczyna, siedząc w kącie, przycisnęła jego głowę do siebie i ponownie zalała się łzami. Czuła, że nie żyje. Nie oddycha, nie ma pulsu. Nie ma już nic.
Nie sposób określić, jak bardzo drużyna stała się zawzięta. Początkowy zamiar pozbawienia magów kamienia zamieniła się w przerażającą chęć mordu po tym, co zrobili Gray'owi. Nawet Vanille pomyślała sobie, że zbyt dużo istot straciło już życie, by móc to tak po prostu zostawić. Mała Dayu podbiegła do kąta klękając obok Wendy, gdy Lucy ruszyła w wir walki. Nie zostawi tak tego. Pomoże, choćby sama miała zginąć.

Kamień coraz bardziej wydobywał z siebie swą moc; świecił coraz mocniej, a góra coraz bardziej się trzęsła. Vanille wymachiwała mieczem na prawo i lewo starając się trzymać Vincenta z dala od skarbu, do którego tak pragnął się dostać. Uderzyła mieczem wprost w ramię mężczyzny tak, że ten syknął z bólu.
— Głupia. Nie wiesz, jaki błąd popełniasz, walcząc ze mną!
— Sądzę, że jednak wiem! — wrzasnęła wyrzucając w powietrze jasną mgiełkę, którą zaczął krztusić się Vincent.
W momencie, gdy w jaskini zrobiło się szarawo, okazję wykorzystał Natsu i uderzył w Nectę płomieniem, który powalił ją na ziemię. Gdy tylko kobieta chciała się podnieść, podbiegła do niej Erza, uderzając ją ostrzem swojego miecza prosto w czaszkę.
— Necta, nie! Cholera jasna, pierdolone dzieciaki! — wykrzyczał momentalnie Villow, odrzucając magią w bok walczącego z nim Shiro i podbiegając do leżącej na ziemi kobiety. Jej blada twarz zalana była bordową krwią, oczy patrzyły w nicość, a usta zastygły lekko otwarte. — Kurwa. Kurwa!
W przypływie furii uderzył wprost w stojącą zaraz obok Lucy, która z kluczem w ręku, starała się przywołać do siebie Taurusa. Dziewczyna odbiła się od kamiennej ściany i upadła nieprzytomna na posadzkę. Villow uśmiechnął się, po czym oberwał w głowę magią Dayu, która włączyła się do walki.

Wtedy to się stało. W momencie, w którym Vanille zadała cios Vincentowi, kamień wybuchnął. Huk był niesamowity. W powietrzu nad miejscem, w którym wcześniej spoczywał kamień, pojawiły się świecące na błękitno malutkie kamyczki. Góra zadrżała.
Vincent leżał na posadzce, a krew ciekła mu z ust.

— Niemożliwe... To nie miało tak być... — wycharczał krztusząc się własną krwią. Nie był w stanie się podnieść. Spojrzał na stojącą nad sobą Vanille, która zadała ostateczny cios w tej walce. Villow, który leżał poprzednio na podłodze podniósł się na milisekundę, ale od razu dostał ponownie w głowę i z powrotem upadł.
— Co... co się stało...? — Inaban upuściła miecz patrząc z niedowierzaniem na szczątki kamienia. Góra zadrżała ponownie, tym razem, nieco mocniej.
— Kamień... został zniszczony... To nie był ten czas — wychrypiał. — Jesteś z siebie zadowolona, córko Kamaji? Czy jesteś z siebie zadowolona... siostro?!

Vanille otworzyła szeroko oczy. Miecz upadł na podłogę tak, jak ona sama. Siostro...
To nie mogła być przecież prawda.
Przecież Vincent... to Vincent zabił jej rodziców.
On to zrobił, widziała na własne oczy.
Nie mogła się mylić.
— K...Kłamiesz! Kłamiesz, skurwielu!
Vincent uśmiechnął się obnażając zakrwawione zęby.
— Nie. Nie tym razem.
— Zdychaj! Zdychaj, kłamco!
Złapała za miecz przeszywając nim ponownie ciało Vincenta. Inaban cofnęła się. Naprawdę nie wiedziała, co zrobić. Nie chciała uratować Vincenta, choć mogła to zrobić. Nie uroniła ani jednej łzy od czasu śmierci Necty. I nie uroni. Złapała ledwo żywego Villowa za ramię. Ten jęknął z bólu.
— Ej, Ty! — krzyknął Natsu idąc w jej stronę. Bała się. Nie miała szans. Oni od początku nie mieli szans. I tylko ona to wiedziała. Zaślepiony mocą kamienia Vincent nie zdawał sobie z tego sprawy. Cholerny idiota. Nienawidziła go z całego serca.

— Proszę, nie... — wyszeptała — Daj mi odejść. Błagam was. Nie jestem jak mój brat. Nie jestem jak moja siostra. Oboje tacy nie jesteśmy...
— On zabił Reilę! Zabił ją! — Krzyknęła Dayu wskazując palcem na półprzytomnego Villowa, którego sama powaliła. Inaban drgnęła. Doskonale to wiedziała. Wiedziała, że to on, wiedziała co zrobił. Mogła teraz udawać tylko głupią. Że wcale jej nie znała. Tak samo... że nie znała Dayu. W końcu była jej ciocią.

— Działał pod wpływem Vincenta i... nie mogę... proszę, dajcie nam odejść! — Krzyknęła i wybiegła przez drzwi jaskini trzymając pod pachą Villowa, który powoli odzyskiwał świadomość. Góra ponownie mocno zadrżała. Natsu ruszył do wyjścia za Inaban, ale zatrzymała go Erza.
— Niech idą — wyszeptała spoglądając w stronę Wendy. Trzymała ona nadal bezwładną głowę Gray'a na swoich kolanach i zalewała się łzami. Natsu upadł na kolana, nie mogą już powstrzymać cisnących się do oczu przeźroczystych słonych kropli. Mimo, że tak go nienawidził, a raczej udawał, że nienawidził, przez cały życie z nim konkurował, teraz, gdy przyszło mu pogodzić się z jego odejściem, eksplodował. Nie powstrzymywał płaczu.
Vanille nadal klęczała na skalnym podłożu tuż nad głową Vincenta. Obok leżał jej zakrwawiony miecz. Shiro podszedł do niej i położył jej dłoń na ramieniu. Po chwili przytulił dziewczynę do siebie.
Góra zatrzęsła się potężnie.

Ciąg dalszy nastąpi...

Dodano: 05.01.2015



comments powered by Disqus

↑do góry
↑do góry
Szybki dostęp: kolejność oglądania, pierwsza seria, druga seria, trzecia seria, filmy kinowe, odcinki specjalne, rave master, openingi, endingi.
Podobne anime: Bleach, Black Clover, Boku no Hero Academia, Gintama, HunterxHunter, Naruto, One Piece, Shingeki no Kyojin.
Strona wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony, zgadzasz się na ich udostępnianie. Można je również zablokować w ustawieniach przeglądarki. Więcej w polityce prywatności.
Na stronie nie są przechowywane żadne pliki wideo, strona archiwizuje jedynie ogólnodostępne linki do serwisów wideo, których użytkownicy potwierdzili legalność zamieszczonych materiałów.