wróć do spisu opowiadań


"Zupełnie inny świat" autorstwa Lilith
"Zupełnie inny świat"
Lilith
21 maja 2014


****************************************
Preludium
****************************************


Ciepły jesienny wieczór, śpiew ptaków, zachód słońca, coraz krótsza droga do zajazdu... Rei czuła się wyśmienicie. Nie dość, że dostała wspaniałego silnego konia, który nawet po kilku godzinach ciągnięcia żwawym kłusem wozu z sianem nie okazywał żadnych oznak zmęczenia, to jeszcze ta atmosfera zbliżającej się jesieni... Świeże powietrze, zapach żywicy i igliwia... I słodkawy odór gnijącego mięsa i starej krwi.
Znowu?
Westchnęła przeciągle. Tylko tego jej brakowało – kolejnego mutanta, demona, smoka czy innego cholernego czorta. Usiadła wygodniej i sprowadziła konia do spokojnego stępa. Może uda się przejść po cichu? Miękki piach nieuczęszczanego zbyt często traktu tłumił odgłos ciężkich podkutych kopyt, ośki dokładnie naoliwione przed wyjazdem nie wydawały niemal żadnego odgłosu, a drewniany wóz, dzięki uszczelnieniom z mchu i słomy poskrzypywał nieśmiało. Jeśli bestia nie uwiła sobie gniazda tuż przy drodze, to powinno się udać.
Nagle usłyszała przeraźliwy wrzask i chrapliwy basowy ryk. Koń szarpnął głową z niezadowoleniem i zastrzygł uszami, ale nie zrobił nic ponad to. Rei podziękowała w duchu ulubionym bogom za porządne zwierze, a przeklęła całą resztę za wszystkie trudności i kolejną przeszkodę na drodze do przytulnego zajazdu, kubka herbaty i ciepłego łóżka. Przysłuchując się odgłosom powoli jechała w ich kierunku uważnie obserwując okolice. Pojawiały się i znikały kolejne krzyki, czasem w duecie, czasem solo, wołały pomocy, ratunku i innych niedorzeczności kończąc chrapliwym skrzekiem i milknąc jedne po drugim. Czekała. Najedzony demon to spokojny demon. Może nawet nie zwróci na nią uwagi, gdy będzie obok niego przejeżdżać..? Tylko żeby nie zablokowali drogi, bo nici z dotarciem na miejsce przed zmrokiem. Chóry ucichły pozostawiając jeden samotny głos, który, co wyraźnie zaniepokoiło Rei, wydawał się zbliżać przy akompaniamencie ciężkiego dudniącego galopu sporego zwierzęcia.
Najpierw zza zakrętu wybiegł mężczyzna w średnim wieku broczący wszędzie wokół ciemną krwią. Gdy zobaczył kobietę jego oczy rozszerzyły się, twarz jakby pojaśniała i nie zwracając uwagi na rany zaczął energicznie machać rękoma biegnąc ku niej, sypiąc prośbami o ratunek przeplatanymi „wspaniałymi panienkami” i „wielmożnymi paniami”. Rei wykrzywiła usta w wieloznacznym grymasie. Nie tędy, idioto... W ślad za uciekinierem wyskoczył wieki na jakieś dziesięć stóp wilk o sześciu ni to kocich, ni to smoczych łapach ryjących ziemię pazurami, pokryty gdzieniegdzie łuską i kolcami jeżozwierza, oraz idiotycznie wystającym mu z lewego boku zniekształconym połamanym skrzydłem. Gdy zobaczył kobietę jego oczy zapłonęły, wyszczerzył kły i, potrącając w biegu odstającym bezużytecznym fragmentem ciała mężczyznę, zaryczał triumfalnie. Rei westchnęła i opuściła dłonie wciąż trzymając lejce.
Dlaczego jednego dnia musi tyle razy natrafić na tak irytujące przeszkody?

*****


Pod Lucy ugięły się nogi i kompletnie wyczerpana upadła na kolana z całych sił próbując złapać oddech. Złamana ręka przestała już boleć, a kość stercząca z ramienia błyszczała absurdalną martwą bielą. Nie czuła, jak krew i ropa spływają zasychającymi już brudnymi kroplami ku ziemi. Nie widziała już zniszczeń i śmierci wokół, czując wewnątrz siebie pustkę. Nie była w stanie poruszyć choćby palcem, wykrzesać choć odrobiny energii by podnieść ciążące jej powieki. Wykorzystała całą swoją magiczną moc, dzisiejszą, jutrzejszą, tygodniową. Nawet gwiezdne duchy oddały wszystko, co miały, by choć trochę pomóc jej w walce. Mimo to nadal nie byli w stanie wygrać.
Najwyraźniej ludzkość wyczerpała już swój limit szczęścia podarowany im przez bogów. Ich czasy panowania, choć krótkie, kończą się dzisiaj. Tutaj, pod ołowianym jesiennym niebem ponuro rozpościerającym się nad ruinami Magnolii. Wszyscy byli tak zajęci walką z Tartarus, że zapomnieli o głównym problemie. O jednej jedynej osobie, która stała za całym tym burdelem, pociągającej za sznurki z cienia, bawiąca się nimi jak bezwolnymi marionetkami. O Zerefie. O człowieku, który w imię nieznanej im idei postanowił wymordować wszystkich ludzi.
Gdy Fairy Tail cudem pokonało Tartarus, on kończył już zbierać armię, by w październiku zaatakować na raz cały kraj. Nikt nie spodziewał się, że po siedmiu latach spokoju pojawi się tak nagle. Wszyscy zaczęli traktować jego egzystencję jako bierny byt czający się gdzieś w ciemnościach, z jakiś przyczyn niezdolny do podjęcia większych działań. Uznali go za nieszkodliwą część krajobrazu. A on czekał na dogodny moment, na tą chwilę rozluźnienia, by przypuścić atak na bezbronną ludzkość z całą swoją mocą.
Walczyli cały dzień. Jellal i jego gildia w chwili ataku akurat przebywali w pobliżu Magnolii, więc dołączyli do nich, by zwiększyć ich szanse. Nie mogli jednak wygrać z całą potęgą demonów i zwolenników Zerefa, którzy tysiącami wylewali się na miasta grabiąc, mordując i gwałcąc kogo popadnie. Mimo to walczyli, nie poddawali się.
Aż do teraz.
Dysząc ciężko Lucy spojrzała spod przymkniętych powiek na ciężkie chmury dymu, pyłu i popiołu pokrywające całe niebo. Sina poświata na zachodzie powoli znikała za horyzontem pogrążając wszystko w ciężkim półmroku. Nie mogła się już ruszyć. To był jej koniec. Wokół słyszała odgłosy walki, krzyki bólu i wściekłości, z czasem coraz bledszej i słabszej, ryk bestii i śmiech wygrywających tę bitwę istot. Przeszedł ją zimny dreszcz, gdy poczuła na ramieniu zdrowej ręki czyjąś dłoń. Zamknęła oczy godząc się z losem. To koniec, co? Ktoś potrząsnął nią tak gwałtownie, że mimo zmęczenia otworzyła oczy.
- Lucy! Ocknij się! Nie możesz tu zostać!
Erza chwyciła dziewczynę za ramiona i kucnęła przed nią. Była cała we krwi mimo tego, że nie odniosła zbyt poważnych obrażeń. Ledwo była w stanie utrzymać ją w pionie. Praktycznie bezwładna niemal wylewała jej się z dłoni. Złapała ją mocniej i przyciągnęła do siebie czując, że i one opada już z sił. Potrząsnęła gwałtownie głową. Nie mogła sobie pozwolić na chwilę słabości. Jeszcze nie teraz. Złapała przyjaciółkę w talii i zarzuciła sobie jej zdrowe ramię na barki podnosząc ją z ziemi.
- Chodź. Musimy iść.
Ruszyła chwiejnie ciągnąc za sobą półprzytomną dziewczynę cały czas starając się mówić do niej, by nie odpłynęła. Gadała jakieś głupoty, wspomnienia z ostatnich dni, miesięcy, stare plotki, historie... Nie zastanawiała się nawet co ma powiedzieć – po prostu to robiła. Nie przeszła nawet paru metrów, gdy obok nich twardo wylądował Jellal zataczając się lekko ze zmęczenia, a zza rozwalonej wierzy wychynęli Gray i Juvia podpierając się nawzajem i rozglądając nerwowo. Erza, która zdążyła już przygotować się do walki, westchnęła z ulgą i podeszła do nich.
- Dobrze, że jesteście. Wiecie coś o...?
Juvia spojrzała na nią pustym wzrokiem. Erza zamilkła i zamknęła oczy. Wiedziała już co to oznacza. Odeszli kolejni. Zagryzła wargi. Ilu to już dzisiaj? Kto jeszcze musi zginąć? Dlaczego oni, dlaczego dziś? Jeszcze wczoraj musiała ingerować w kolejną bójkę Natsu i Graya, jeszcze wczoraj piła, jadła i bawiła się ze wszystkimi tak, jak zawsze. Jak co dzień. Dlaczego oni, dlaczego teraz? Cisza między nimi przedłużała się. Wiedzieli, że nie powinni tu stać, że w każdej chwili mogą zostać zaatakowani, że z każdą chwilą ginie coraz więcej i więcej ich towarzyszy, że z każdą chwilą ich szanse spadają poniżej zera... A jednak nie mogli nic powiedzieć, nic zrobić. Każdy szukał jakiś słów, choć strzępki woli, sił czy uczuć zdolnych poruszyć ich ciało, przerwać ciszę, martwe odrętwienie. To był koniec i wszyscy o tym wiedzieli. Gray poruszył się niepewnie i spojrzał na ramię Lucy. Zasyczał cicho na widok rany.
- Nie wygląda to dobrze. Jeśli ktoś tego szybko nie opatrzy...
Erza otworzyła usta aby odpowiedzieć, lecz Jellal ją wyprzedził.
- Teraz musimy zabrać ją w jakieś bezpieczne miejsce. Nie może tutaj zostać. Juvia, Gray, wiecie gdzie możemy ją ukryć?
Dziewczyna pokręciła z rezygnacją głową.
- Nie. Już nie.
Więc padł. Ostatni bastion ich gildii runął, a ich ostatnia nadzieja wraz z nim. Nagle potężny podmuch zwalił ich z nóg posyłając kilka metrów dalej rozrzucając wokół gruz i kamienie. Jellal chwycił Erzę wciąż trzymającą nieprzytomną blondynkę by zamortyzować upadek a Gray i Juvia przetoczyli się po ziemi momentalnie wstając na nogi i przygarbieni, gotowi do walki wlepili wzrok w chmurę pyłu przez sobą. Odprężyli się, gdy wyłoniły się z niej sylwetki Frieda i Mirajene biegnące w ich kierunku z jakimiś tobołkami na plecach. Erza westchnęła i spróbowała się uśmiechnąć, co wyszło jej koszmarnie.
- Nie straszcie nas tak. Myślałam...
- Uważaj!
Z chmury dymu rycząc potwornie wyskoczył ogromny bezskrzydły demon posturą przypominający połączenie wielkiego leniwca ze smokiem i wylądował tuż obok nich krusząc podłoże. Krzyknęli zaskoczeni, w jednej chwili tracąc grunt pod nogami i spadając w przepaść. Erza zdążyła zobaczyć tylko ruiny wielkiej katedry stojącej niegdyś w centrum miasta, nim wszystko spowił zimny błękit magicznego światła i cały świat zgasł pogrążony w ciemności.

*****


Beneeth zamrugał zaskoczony, gdy wokół spadających ludzi i głupiego leniwcowatego demona rozbłysł błękitnym blaskiem magiczny krąg, który zniknął z irytującym gwizdem tak szybko, jak się pojawił, pogrążając ponownie całą okolice w półmroku. Po wróżkach i bestii nie było śladu. Ani ciała, ani resztek magicznej mocy. Co się do cholery...
Podniósł ciężki łeb i spojrzał pytająco na Czarnego Maga stojącego obok niego z wyrazem zaskoczenia i wahania na twarzy, które do niego nie pasowały. Mężczyzna wyglądał, jakby sam nie wiedział co właściwie zrobił. Przez chwilę trwał w bezruchu z wyciągniętą przed siebie ręką spoglądając w miejsce w które rzucił zaklęcie, trawiąc jakąś ciężką do pojęcia myśl.
- Ups...
Demon wyszczerzył na niego cztery pary czarnych oczu zastanawiając się, czy przypadkiem nie przesadził ze świeżym powietrzem. Nie mógł zrozumieć co się właśnie stało. Już sam fakt, że jego Pan postanowił przyłączyć się do walki wydawał się idiotyzmem, jednak to, co właśnie się stało nie mieściło się mu w głowie. Zeref jednak nie zwrócił na niego uwagi wciąż trwając w tej samej pozycji jak kamienny posąg.
- Złe zaklęcie.
Beneeth zamrugał zaskoczony.
- Jak to... Złe zaklęcie?
Zeref opuścił dłoń i zamrugał parę razy, jakby chciał się pozbyć jakiegoś obrazu sprzed oczu.
- Miałem ich zabić, a przez przypadek...
Zamilkł i popatrzył gdzieś w przestrzeń. Demon siedzący obok niego potrząsnął łbem z niedowierzaniem. Nawet Czarnemu Magu zdarzają się wpadki. Do tego jeszcze zaczął się tłumaczyć... Mężczyzna westchnął ciężko i obrócił się na pięcie.
- No cóż, trudno. Nie zginęli tutaj to zginą tam. Nie sądzę, żeby to cokolwiek to zmieniło.

*****


Niebo na wschodzie ciemniało z minuty na minutę, a do zajazdu został jeszcze spory kawałek drogi. Zgodnie z tym, czego Rei się obawiała, dobytek pozostawiony przez wymordowanych kupców tarasował niemal cały przejazd. Straciła dużo czasu na torowaniu sobie ścieżki między zniszczonymi wozami, martwymi końmi, ludzkimi zwłokami, kuframi, bronią i kapustą. Całą masą kapusty. Przez nią przeprawa była znacznie trudniejsza niż powinna, gdyż co chwila jakaś główka obluzowywała się i toczyła wprost pod nogi. Poza tym, niemal wszystko, co posiadali ci ludzie było średniej, lub niskiej jakości, nudne, proste i tanie. Z wielkiej sterty śmieci jedynymi rzeczami, które ją zainteresowały była fantazyjna drewniana lutnia z gryfem ze smoczej kości, szeroki zielony kapelusz z piórem białego pawia, pasujący do niego bogato, aczkolwiek nie wyzywająco zdobiony płaszcz, pliczek nut i tekstów pieśni, dwie beczki niezłego wina oraz stary zapieczętowany miecz. Gdy Rei go podniosła poczuła lekkie mrowienie w dłoni. Magia. I to prawdopodobnie całkiem potężna.
Ukryła co mogła w schowku na wozie pod drewnianą podłogą i przykryła sianem. Beczki ułożyła z boku i przymocowała linami, by nie turlały się podczas jazdy. Po chwili namysłu zaczęła też wrzucać kapustę. Dużo kapusty. A nóż się przyda.
Cmoknęła na konia i popędziła go do żwawszego kłusa. Chciała dotrzeć na miejsce przed zapadnięciem zmroku, by nie natknąć się na polujące dzikie zwierzęta i demony, które nocą stawały się jeszcze bardziej zajadłe niż za dnia. I tak już straciła za dużo czasu.
Błękitny blask naprzeciwko oślepił ją na chwilę pojawiając się dosłownie na jedno uderzenie serca i zniknął z głuchym odgłosem podobnym do upadających ze sporej wysokości worków ziemniaków. Zamrugała zaskoczona starając się pozbyć irytującego powidoku. Koń zgrzytnął wściekle zębami, położył uszy po sobie i zatrzymał się tupiąc nogami.
- Spokojnie, Kazik, spokojnie.
Gdy kolorowa plama całkowicie zniknęła jej sprzed oczu spojrzała w miejsce, gdzie przed chwilą błysnęło światło i przez dość długą chwilę wpatrywała się w leżące na ziemi dziewięć ciał i zwłoki jakiegoś leniwcowatego demona zastanawiając się, co ma zrobić z tym fantem. Problemem nie był fakt, że pojawili się znikąd – to się zdarza. Problemem było to, że zrobili to na środku drogi całkowicie tarasując przejazd. Westchnęła i oparła się o burtę wozu.
- No, Kazik, i co ja mam teraz niby zrobić, co?
Koń najwyraźniej nie zamierzał odpowiadać, więc kręcąc głową zeskoczyła z woźnicy. Jakoś nie uśmiechało jej się przejeżdżanie po zwłokach, bo zgromadzone zapasy kapusty mogłyby wysypać się zza burt wozu. Nie było rady, musiała ich poprzesuwać. Gdy podeszła do pierwszej osoby, niedużej blondynki z paskudnie złamaną ręką zauważyła, że jej klatka piersiowa porusza się lekko w rytm słabego oddechu. A więc żyli. No proszę, powodzenia życzę i szczęśliwego długiego życia. Chwyciła dziewczynę pod pachami i zaczęła ciągnąć w stronę najbliższego rowu. Nagle zatrzymała się zaskoczona widząc niebieskie włosy i znajomy tatuaż wokół oka. Jej mózg przyśpieszył analizując fakty, przypuszczenia, hipotezy i plotki, jednak nie doszła do niczego sensownego. Wiek się nie zgadzał, sposób i miejsce spotkania także, o kompani nawet nie wspominając. Przez chwilę wpatrywała się w nieprzytomnego mężczyznę wahając się między wyborem rozsądku, a ciekawością.
Zwyciężyła ciekawość.
Leniwcowaty demon zamruczał basowo z niezadowoleniem i zaczął się gramolić na łapy. Rei westchnęła przeciągle opuszczając dziewczynę.
Chyba w życiu nie dotrę na miejsce.

Ciąg dalszy nastąpi...

Dodano: 31.12.2014



comments powered by Disqus

↑do góry
↑do góry
Szybki dostęp: kolejność oglądania, pierwsza seria, druga seria, trzecia seria, filmy kinowe, odcinki specjalne, rave master, openingi, endingi.
Podobne anime: Bleach, Black Clover, Boku no Hero Academia, Gintama, HunterxHunter, Naruto, One Piece, Shingeki no Kyojin.
Strona wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony, zgadzasz się na ich udostępnianie. Można je również zablokować w ustawieniach przeglądarki. Więcej w polityce prywatności.
Na stronie nie są przechowywane żadne pliki wideo, strona archiwizuje jedynie ogólnodostępne linki do serwisów wideo, których użytkownicy potwierdzili legalność zamieszczonych materiałów.